środa, 21 czerwca 2017

W poszukiwaniu spokoju

Zbieram się do pisania już od jakiegoś czasu, ale po kolei rezygnuję z poszczególnych tematów. Powodem jest to, że są to tematy mnie drażniące, sprawy niezałatwione (nie z mojej winy) lub takie, które z czasem będą załatwione, ale na razie są to dla mnie tzw. męczydupy. Czyli męczą, siedzą mi na karku, ale załatwić ich od ręki nie mogę. 
W mediach ciągłe szaleństwo śmierci, zamachów i coraz więcej dyktatury zamiast mądrego rządzenia. Wymiera ściskana żelazną obręczą totalitarnych rządów tu i tam demokracja inteligencja.
Nie da się rozwiązać wszystkich problemów za jednym razem. Jednak trudno jest obserwować nadprodukcję ciągle nowych problemów z zapałem godnym lepszej sprawy. Pokoleń będzie potrzeba, żeby posprzątać ten bałagan, który teraz szaleje w moim kraju i na świecie.
I w ogóle nie wiem, w którą ten świat stronę zmierza.
Żeby całkiem nie zwariować staram się skupiać na własnym życiu i własnych sprawach. Bo paru mądrych ludzi powiedziało, żeby najlepiej zawsze zaczynać od siebie.
Staram się więc załatwiać choć jedną z tych męczących spraw dziennie, żeby w sumie wychodzić powoli na prostą.
A potem cieszę się z tych mniejszych i większych prywatnych osiągnięć i małych rzeczy, które mnie otaczają. Jak chociażby z tego, że do ogrodu codziennie kilkakrotnie wyciąga mnie Mozart. Wprawdzie akurat nie zawsze wtedy, kiedy mam czas, ale trzeba jej przyznać wysoką skuteczność.
Dalej szukam dla niej domu, bo ciągłe chodzenie z kotem na smyczy i ciągłe pilnowanie, żeby broń boże jakichkolwiek drzwi nie otworzyć często paraliżuje i determinuje w całości codzienne życie.
Dla tych, którzy nadal uważają, że mają prawo mi radzić powiem tylko tak. Jeśli masz dla mnie poradę, schowaj ją do kieszeni. Jeśli możesz pomóc i zapewnić mojemu kotu bezpieczny dom, to chętnie zrobię dam z siebie wszystko, żeby to wam ułatwić.
A jak nie, to zapraszam: idź wytłumacz temu kotu, całe życie wychodzącemu, że z tego domu do ogrodu już nie wyjdzie. Proszę bardzo, są chętni?
Bo mnie tłumaczyć ani wymyślać rozwiązań już nie trzeba. Potrzeba mi konkretnej pomocy, resztę darów, porad i ocen mojej osoby i mojego postępowania proszę zachować dla siebie.

środa, 14 czerwca 2017

Niezwykłe róże w naszym ogrodzie

W rogu naszego ogrodu mieszkają dwa krzewy różane. Oba kwitną jednocześnie, z tym że ten większy rodzi róże w dwóch różnych kolorach.
Zdjęcie powyżej wykonałam 11 czerwca, kiedy rozwinęło się już sporo róż. Z daleka niezbyt dobrze widać różnice w kolorach, część żółtości rozpływa się przy kontraście z ceglaną ścianą za krzewem.
Kiedy jednak podejść bliżej, zaczynamy to zauważać.
Większość róż jest biała, czyli tak zwana herbaciana. Ale część jest mocno żółta.

niedziela, 11 czerwca 2017

Ogród rekultywacja i bunt przeciw kociej jednowładzy

Jakie to miłe, kiedy mężczyzna dba o ogród, a ja mogę sobie tylko chodzić sobie tam i siam, robić zdjęcia i podziwiać. Albo usiąść na ławeczce czy przy stole z kawusią i napawać się zielenią, ćwierkoleniem ptaszków lub obserwowaniem kici.
Wczoraj rano Mikael nakupował kwiatów, żeby wymienić te, które już zaczęły wyrastać za mocno i przekwitać. I rozpoczął prace ogrodowe, które trwały do wieczora. 


wtorek, 6 czerwca 2017

Uciekająca panna młoda, wróć kicia - już nie taka młoda

Niestety kilka dni temu, a dokładnie 30 maja Mozart znów sobie rozwaliła bok. Uprzednio wyszła też sobie z domu na całą noc, zostawiając całego w nerwach Mikaela, który prawie przez całą noc nie spał, ciągle sprawdzał, czy jędza się pojawiła, czy nie. Pojawiła się. O 6 rano.
Na nasze usprawiedliwienie powiem, że trudno jest takiego samodzielnego wychodzącego z powrotem kota utrzymać latem w domu szczególnie, kiedy zaczynają się ciepłe wieczory i kot też chce z nami posiedzieć.
Dlatego i tego wieczoru Mikael wziął ją ze sobą na dwór i siedzieli prawie do 21. A potem kot się gdzieś zawieruszył i nie wrócił aż o 6 rano następnego dnia.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wyraz ze słownika wyrazów obcych

Odpoczynek to chyba jednak u mnie wyraz ze słownika wyrazów obcych. Co sobie zaplanuję, że odpocznę, pojawia się na raz tyle pracy, jak i teraz podczas pobytu w stolicy. Zlecenie jedno za drugim. Niektóre muszę odrzucać, bo się nie wyrabiam. I pracuje mi się nadal jeszcze nie do końca w moim zwykłym tempie.
A to przecież nie wszystko. Jak zwykle podczas pobytu w Warszawie staram się załatwić maksymalnie jak najwięcej formalnych i firmowych spraw. Tym razem padło na przewiezienie wielkich gabarytów, jak już Wam pisałam przed wyjazdem. Nawoziłam się rzeczy, połaziłam z urządzającą się córcią po sklepach i marketach.
I tak jakoś patrząc na siebie z półobrotu w lustrze mimo tego całego zmęczenia niepostrzeżenie postanowiłam przejść na dietę. Dlaczego akurat teraz, jak to mawia mój znajomy: bo Ty iw nigdy nie możesz mieć za łatwo, taka karma. No widzicie, ja znów tylko o jedzeniu. A tu schudnąć do lata mi się już nie da, bo upały prosto z zimowych mrozów się zrobiły, kwiatki rozszalały się po ogródkach, a dziewczyny ma ulicach zrzuciły dużą część ciuszków.
Ja też bym moje ciuszki chętnie częściowo zrzuciła, ale po zrzuceniu okazało się, że mi niestety tak szybko zrzucanie sadełka nie idzie, które narosło podczas pocieszania się i zaniedbania się w chorobie.
A skoro choroba już mija, czucie w stopie wraca, to można przejść do realizacji kolejnych celów.
To już postanowione.

czwartek, 1 czerwca 2017

Dzień dziecka iw

Choć to może się wydawać niewyobrażalne, ale dawno, dawno temu i ja byłam dzieckiem.
Od małego mój Tata, Autor wszystkich zdjęć tutaj, miał talent do nadawania im pewnego dramatyzmu. Nie sądzę, żebym wtedy zdawała sobie sprawę, z jak niebezpiecznym narzędziem mnie fotografował. A może to miało być zapowiedzią mojego surowego charakteru. Tak czy inaczej częściowo mu się udało przewidzieć przyszłość.

poniedziałek, 29 maja 2017

Majster iw w akcji

Moje prawie 1000 km czyli wczorajszą trasę z Bremerhaven do Warszawy przejechałam w 11 godzin, a przejechałabym w 10 z dwiema dłuższymi przerwami, gdyby nie korki, szczególnie jeden. Niektórzy z Was chcieli wiedzieć, czy i tym razem jadę z koteczką. Na szczęście kotkowy ogon się zagoił, więc nie przewiduję teraz kolejnych wyjazdów, przynajmniej na razie.
Kicia najczęściej siedzi zadowolona w ogrodzie i napawa się wolnością odzyskaną po długich miesiącach zamknięcia.
Podróż była ogólnie fajna, odbyłam ją w dwóch długich etapach. Najpierw było niezbyt gorąco, więc jechało się bardzo dobrze, trochę korków spowodowanych robotami drogowymi, ale bez przesady. Tak oto przejechałam bardzo długi pierwszy odcinek, prawie do granicy Polski. Potem przystanek na drugie śniadanie, bo zaczęłam opadać z sił. Po dwóch godzinach zatrzymałam się na obiad, jak zwykle w Centrum Nevada. Lubię tamtejsze smaczne a niedrogie obiady, niewymuszoną atmosferę i sklep na tyłach, gdzie kupuję najczęściej to, czego zapomniałam zabrać ze sobą w podróż.
Zatankowana, najedzona i trochę wypoczęta ruszyłam w dalszą podróż. Podróż szła mi całkiem sprawnie, już nawet dzwoniłam do córki, że dojadę pewnie przed dziesiątą wieczorem. To był całkiem realny cel. Do przejechania zostało 27 km w ok. 24 minut. Aż tu nagle prawie pod Warszawą oba pasy ruchu stanęły albo posuwały się bardzo wolno.

niedziela, 28 maja 2017

Szykując się do podróży

Tego lata będę ciągle w podróży, w tym będę sporo jeździć do Polski. Tak się jakoś składa i zawodowo, i prywatnie, że ciągle mam tam coś do załatwienia. Chciałabym, żeby to wyglądało tak, że wrzucam do samochodu walizkę, torbę z komputerem i jadę. Ale niestety nie tak to wygląda.
Za każdym razem mam jakieś gigantyczne pakowanie, przekładanie z jednej kupki na drugą, a potem przewożę jakieś wielkogabarytowe rzeczy, a to dla mamy, a to dla córci, a to coś dla siebie, nie będę wchodzić w szczegóły.
Wczoraj po południu razem z Moim zapakowałam auto dużymi rzeczami. 
Miałam szczere chęci, żeby w sobotę spakować wszystko, a w niedzielę już tylko zjeść i ruszyć w trasę. A potem szybko wracać, bo tu mi dobrze i już się najeździłam.
Ale po spakowaniu wielkogabarytów moje plecy powiedziały dość i musiałam się położyć i odpocząć.
I ja cała się tak tym wszystkim zmęczyłam, że potem padłam i absolutnie nie miałam siły, żeby potem usiąść i zacząć pakować drobnicę.
Muszę wstać wcześniej i spakować resztę jutro rano.

sobota, 27 maja 2017

SeeStadtFest – Landgang Bremerhaven 2017

SeeStadtFest – Landgang Bremerhaven 
to święto tego nadmorskiego miasta, które w tym roku odbywa się w naszym mieście w maju, a dokładnie w dn. 24.-28.05.2017.
I właśnie w tym roku udało mi się na to święto załapać. Zadzwonił dziś do mnie przed południem Mikael, żebym się uwinęła w miarę możliwości szybko z moimi obowiązkami, bo po południu jest święto w porcie i warto by tam pojechać i pooglądać oraz posłuchać koncertów, a przede wszystkim przejść i popatrzeć na piękne żaglowce, które zjechały się zewsząd do portu Bremerhaven.
Nazwa Landgang (zejście na ląd) mówi z kolei, że załoga z jednostek, które przypłynęły w tych dniach do Bremerhaven, schodzi na ląd.
Powyżej załoga pięknego rosyjskiego żaglowca MIR, który widziałam już tutaj podczas poprzedniego zlotu żaglowców.

czwartek, 25 maja 2017

Okazje, daty, imieniny, urodziny czyli celebrowanie rzeczywistości

Imieniny, urodziny, ważne daty i okazje. Ostatnio rozmyślam nad moim stosunkiem do nich i stwierdzam, że nie jest on typowy. To znaczy to wszystko może i ma dla mnie znaczenie, ale chyba za bardzo nie umiem świętować czyli obchodzić moich okazji.
23 maja obchodzę imieniny. 17 sierpnia mam urodziny. I tego roku ci, na których zawsze mogłam liczyć, składają mi serdeczne i często bardzo osobiste życzenia. Ci, czyli najbliższa rodzina: mama, córka i kilkoro najbliższych przyjaciół.
W sumie sama tym razem zapomniałabym o moich imieninach, gdyby nie życzenia od mamy otrzymane SMSem tuż po 7 rano.
Mój chłop pochodzi z kraju, gdzie obchodzi się urodziny, więc dla niego nasze imieniny to niezrozumiała rzecz, dziwna data, jeszcze jedna do obowiązkowych prezentów. A on woli czasem kupić czy zrobić coś z zaskoczenia.