poniedziałek, 17 lipca 2017

Własna droga to jest to

Witajcie Kochani,
bardzo się za Wami stęskniłam, więc postanowiłam po przerwie napisać choć słowo. Od około dwóch tygodni jestem mocno zajęta. 
Głównie pracuję zawodowo na cztery ręce, a nawet nogi. Jak ktoś nie wierzy, to proszę, oto dowody - rozmyte, bo takie tempo, że się tabelki zacierają!


czwartek, 6 lipca 2017

Uśmiech za uśmiech

Wyskoczyłam dziś rano po pieczywo do piekarni w pawilonach naprzeciwko naszej ulicy. Włosy jeszcze przed prysznicem upięłam klamrą wysoko, na nic innego nie wystarczyło mi czasu.
Co niezwykłe w kolejce przede mną zebrało się chyba ze 4 osoby, a i za mną za chwilę ustawiły się kolejne. Zwykle rano bywa tam pustawo.
Starsza pani przede mną zamawiała pieczywo i jakieś słodkie ciastko.
I wtedy w piekarni pojawił się On.
Sportowa, szczupła sylwetka. Kurtka w panterkę. Bystre oczy i szpakowate włosy zdradzały wiek koło 50-tki, ale też zdecydowanie radosne i pełne energii podejście do życia. Sprzedał mi szelmowski lekko nieśmiały uśmiech i zatrzymał się przed starszą panią, bo trudno byłoby mu się przecisnąć za mną na koniec kolejki, która zebrała się za mną od drugiej strony.
Starsza pani postanowiła jeszcze zamówić kartę do piekarni. Teraz karty dostaje się w każdym przybytku, chyba jeszcze tylko szalety miejskie nie dają kart, ale na pewno i to nadejdzie.
Kiedy wreszcie zakupy starszej pani zostały zrobione i zapłacone, a karta wydana, przyszła moja kolej.
Pomyślałam sobie, że czemu by nie zapytać Go stojącego nadal przede mną, czy czegoś nie potrzebuje. Widziałam, że zbiera wyliczoną liczbę euro.
Na moje pytanie uśmiechnął się jeszcze szerzej i podziękował oraz skwitował: przecież jeszcze nie moja kolej. Mam czas - dodał po chwili nieco zamyślony.
- No dobrze. Ale Pan się do mnie tak ładnie uśmiechnął, że musiałam zapytać. - Odpowiedziałam jak zaczarowana, po czym zrobiłam moje szybkie zakupy. 
Po odebraniu zakupów uśmiechnęłam się do niego, a on do mnie. Czasem tak bywa, że ktoś od razu zdobywa nas spojrzeniem i nie da się tej osoby tak łatwo wymazać z głowy.
Wychodząc obejrzałam się lekko, choć bez przesady.
Elektryczny wózek, na którym wjechał cicho acz energicznie, prawie z przytupem do piekarni, nadal stał przy początku kolejki a On czekał na swoją kolej.
Założę się, że oboje się uśmiechaliśmy i będziemy się uśmiechać w ciągu dzisiejszego dnia jeszcze niejeden raz.

wtorek, 4 lipca 2017

Walka o każdą piędź

To będzie wpis antymotywacyjny, bo czasem i mnie przerasta ten codzienny trud.
Tak w ogóle to ze mnie niespotykanie spokojny człowiek ... ale raczej w znaczeniu z filmu Barei pod tym samym tytułem. :)
Po latach zmagania z wolnym rynkiem i różnych innych przygodach, które kiedyś mogłyby posłużyć za kanwę dłuższej opowieści, dochodzę do wniosku, że i tak najtrudniejszą wojnę i codzienny bój każdy z nas toczy sam ze sobą. 
Albo walka o każdą piędź w rodzinie.
Codzienna wojna zaczyna się już rano, od wstania z łóżka. Czyli od podjęcia tej najważniejszej decyzji: wstać, czy nie wstać? Szczególnie kocham wtedy swoje łóżko, pościel i to ciepło pod kołdrą!
Najczęściej wewnętrzny bój wygrywa przeklinane głośno lub po cichu poczucie obowiązku. Szczególnie, jeśli poprzedni dzień był długi i męczący i nie poszliśmy spać z kurami.
A potem kolejne progi i przeszkody. 

środa, 21 czerwca 2017

W poszukiwaniu spokoju

Zbieram się do pisania już od jakiegoś czasu, ale po kolei rezygnuję z poszczególnych tematów. Powodem jest to, że są to tematy mnie drażniące, sprawy niezałatwione (nie z mojej winy) lub takie, które z czasem będą załatwione, ale na razie są to dla mnie tzw. męczydupy. Czyli męczą, siedzą mi na karku, ale załatwić ich od ręki nie mogę. 
W mediach ciągłe szaleństwo śmierci, zamachów i coraz więcej dyktatury zamiast mądrego rządzenia. Wymiera ściskana żelazną obręczą totalitarnych rządów tu i tam demokracja inteligencja.
Nie da się rozwiązać wszystkich problemów za jednym razem. Jednak trudno jest obserwować nadprodukcję ciągle nowych problemów z zapałem godnym lepszej sprawy. Pokoleń będzie potrzeba, żeby posprzątać ten bałagan, który teraz szaleje w moim kraju i na świecie.
I w ogóle nie wiem, w którą ten świat stronę zmierza.
Żeby całkiem nie zwariować staram się skupiać na własnym życiu i własnych sprawach. Bo paru mądrych ludzi powiedziało, żeby najlepiej zawsze zaczynać od siebie.
Staram się więc załatwiać choć jedną z tych męczących spraw dziennie, żeby w sumie wychodzić powoli na prostą.
A potem cieszę się z tych mniejszych i większych prywatnych osiągnięć i małych rzeczy, które mnie otaczają. Jak chociażby z tego, że do ogrodu codziennie kilkakrotnie wyciąga mnie Mozart. Wprawdzie akurat nie zawsze wtedy, kiedy mam czas, ale trzeba jej przyznać wysoką skuteczność.
Dalej szukam dla niej domu, bo ciągłe chodzenie z kotem na smyczy i ciągłe pilnowanie, żeby broń boże jakichkolwiek drzwi nie otworzyć często paraliżuje i determinuje w całości codzienne życie.
Dla tych, którzy nadal uważają, że mają prawo mi radzić powiem tylko tak. Jeśli masz dla mnie poradę, schowaj ją do kieszeni. Jeśli możesz pomóc i zapewnić mojemu kotu bezpieczny dom, to chętnie zrobię dam z siebie wszystko, żeby to wam ułatwić.
A jak nie, to zapraszam: idź wytłumacz temu kotu, całe życie wychodzącemu, że z tego domu do ogrodu już nie wyjdzie. Proszę bardzo, są chętni?
Bo mnie tłumaczyć ani wymyślać rozwiązań już nie trzeba. Potrzeba mi konkretnej pomocy, resztę darów, porad i ocen mojej osoby i mojego postępowania proszę zachować dla siebie.

środa, 14 czerwca 2017

Niezwykłe róże w naszym ogrodzie

W rogu naszego ogrodu mieszkają dwa krzewy różane. Oba kwitną jednocześnie, z tym że ten większy rodzi róże w dwóch różnych kolorach.
Zdjęcie powyżej wykonałam 11 czerwca, kiedy rozwinęło się już sporo róż. Z daleka niezbyt dobrze widać różnice w kolorach, część żółtości rozpływa się przy kontraście z ceglaną ścianą za krzewem.
Kiedy jednak podejść bliżej, zaczynamy to zauważać.
Większość róż jest biała, czyli tak zwana herbaciana. Ale część jest mocno żółta.

niedziela, 11 czerwca 2017

Ogród rekultywacja i bunt przeciw kociej jednowładzy

Jakie to miłe, kiedy mężczyzna dba o ogród, a ja mogę sobie tylko chodzić sobie tam i siam, robić zdjęcia i podziwiać. Albo usiąść na ławeczce czy przy stole z kawusią i napawać się zielenią, ćwierkoleniem ptaszków lub obserwowaniem kici.
Wczoraj rano Mikael nakupował kwiatów, żeby wymienić te, które już zaczęły wyrastać za mocno i przekwitać. I rozpoczął prace ogrodowe, które trwały do wieczora. 


wtorek, 6 czerwca 2017

Uciekająca panna młoda, wróć kicia - już nie taka młoda

Niestety kilka dni temu, a dokładnie 30 maja Mozart znów sobie rozwaliła bok. Uprzednio wyszła też sobie z domu na całą noc, zostawiając całego w nerwach Mikaela, który prawie przez całą noc nie spał, ciągle sprawdzał, czy jędza się pojawiła, czy nie. Pojawiła się. O 6 rano.
Na nasze usprawiedliwienie powiem, że trudno jest takiego samodzielnego wychodzącego z powrotem kota utrzymać latem w domu szczególnie, kiedy zaczynają się ciepłe wieczory i kot też chce z nami posiedzieć.
Dlatego i tego wieczoru Mikael wziął ją ze sobą na dwór i siedzieli prawie do 21. A potem kot się gdzieś zawieruszył i nie wrócił aż o 6 rano następnego dnia.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wyraz ze słownika wyrazów obcych

Odpoczynek to chyba jednak u mnie wyraz ze słownika wyrazów obcych. Co sobie zaplanuję, że odpocznę, pojawia się na raz tyle pracy, jak i teraz podczas pobytu w stolicy. Zlecenie jedno za drugim. Niektóre muszę odrzucać, bo się nie wyrabiam. I pracuje mi się nadal jeszcze nie do końca w moim zwykłym tempie.
A to przecież nie wszystko. Jak zwykle podczas pobytu w Warszawie staram się załatwić maksymalnie jak najwięcej formalnych i firmowych spraw. Tym razem padło na przewiezienie wielkich gabarytów, jak już Wam pisałam przed wyjazdem. Nawoziłam się rzeczy, połaziłam z urządzającą się córcią po sklepach i marketach.
I tak jakoś patrząc na siebie z półobrotu w lustrze mimo tego całego zmęczenia niepostrzeżenie postanowiłam przejść na dietę. Dlaczego akurat teraz, jak to mawia mój znajomy: bo Ty iw nigdy nie możesz mieć za łatwo, taka karma. No widzicie, ja znów tylko o jedzeniu. A tu schudnąć do lata mi się już nie da, bo upały prosto z zimowych mrozów się zrobiły, kwiatki rozszalały się po ogródkach, a dziewczyny ma ulicach zrzuciły dużą część ciuszków.
Ja też bym moje ciuszki chętnie częściowo zrzuciła, ale po zrzuceniu okazało się, że mi niestety tak szybko zrzucanie sadełka nie idzie, które narosło podczas pocieszania się i zaniedbania się w chorobie.
A skoro choroba już mija, czucie w stopie wraca, to można przejść do realizacji kolejnych celów.
To już postanowione.

czwartek, 1 czerwca 2017

Dzień dziecka iw

Choć to może się wydawać niewyobrażalne, ale dawno, dawno temu i ja byłam dzieckiem.
Od małego mój Tata, Autor wszystkich zdjęć tutaj, miał talent do nadawania im pewnego dramatyzmu. Nie sądzę, żebym wtedy zdawała sobie sprawę, z jak niebezpiecznym narzędziem mnie fotografował. A może to miało być zapowiedzią mojego surowego charakteru. Tak czy inaczej częściowo mu się udało przewidzieć przyszłość.

poniedziałek, 29 maja 2017

Majster iw w akcji

Moje prawie 1000 km czyli wczorajszą trasę z Bremerhaven do Warszawy przejechałam w 11 godzin, a przejechałabym w 10 z dwiema dłuższymi przerwami, gdyby nie korki, szczególnie jeden. Niektórzy z Was chcieli wiedzieć, czy i tym razem jadę z koteczką. Na szczęście kotkowy ogon się zagoił, więc nie przewiduję teraz kolejnych wyjazdów, przynajmniej na razie.
Kicia najczęściej siedzi zadowolona w ogrodzie i napawa się wolnością odzyskaną po długich miesiącach zamknięcia.
Podróż była ogólnie fajna, odbyłam ją w dwóch długich etapach. Najpierw było niezbyt gorąco, więc jechało się bardzo dobrze, trochę korków spowodowanych robotami drogowymi, ale bez przesady. Tak oto przejechałam bardzo długi pierwszy odcinek, prawie do granicy Polski. Potem przystanek na drugie śniadanie, bo zaczęłam opadać z sił. Po dwóch godzinach zatrzymałam się na obiad, jak zwykle w Centrum Nevada. Lubię tamtejsze smaczne a niedrogie obiady, niewymuszoną atmosferę i sklep na tyłach, gdzie kupuję najczęściej to, czego zapomniałam zabrać ze sobą w podróż.
Zatankowana, najedzona i trochę wypoczęta ruszyłam w dalszą podróż. Podróż szła mi całkiem sprawnie, już nawet dzwoniłam do córki, że dojadę pewnie przed dziesiątą wieczorem. To był całkiem realny cel. Do przejechania zostało 27 km w ok. 24 minut. Aż tu nagle prawie pod Warszawą oba pasy ruchu stanęły albo posuwały się bardzo wolno.

niedziela, 28 maja 2017

Szykując się do podróży

Tego lata będę ciągle w podróży, w tym będę sporo jeździć do Polski. Tak się jakoś składa i zawodowo, i prywatnie, że ciągle mam tam coś do załatwienia. Chciałabym, żeby to wyglądało tak, że wrzucam do samochodu walizkę, torbę z komputerem i jadę. Ale niestety nie tak to wygląda.
Za każdym razem mam jakieś gigantyczne pakowanie, przekładanie z jednej kupki na drugą, a potem przewożę jakieś wielkogabarytowe rzeczy, a to dla mamy, a to dla córci, a to coś dla siebie, nie będę wchodzić w szczegóły.
Wczoraj po południu razem z Moim zapakowałam auto dużymi rzeczami. 
Miałam szczere chęci, żeby w sobotę spakować wszystko, a w niedzielę już tylko zjeść i ruszyć w trasę. A potem szybko wracać, bo tu mi dobrze i już się najeździłam.
Ale po spakowaniu wielkogabarytów moje plecy powiedziały dość i musiałam się położyć i odpocząć.
I ja cała się tak tym wszystkim zmęczyłam, że potem padłam i absolutnie nie miałam siły, żeby potem usiąść i zacząć pakować drobnicę.
Muszę wstać wcześniej i spakować resztę jutro rano.

sobota, 27 maja 2017

SeeStadtFest – Landgang Bremerhaven 2017

SeeStadtFest – Landgang Bremerhaven 
to święto tego nadmorskiego miasta, które w tym roku odbywa się w naszym mieście w maju, a dokładnie w dn. 24.-28.05.2017.
I właśnie w tym roku udało mi się na to święto załapać. Zadzwonił dziś do mnie przed południem Mikael, żebym się uwinęła w miarę możliwości szybko z moimi obowiązkami, bo po południu jest święto w porcie i warto by tam pojechać i pooglądać oraz posłuchać koncertów, a przede wszystkim przejść i popatrzeć na piękne żaglowce, które zjechały się zewsząd do portu Bremerhaven.
Nazwa Landgang (zejście na ląd) mówi z kolei, że załoga z jednostek, które przypłynęły w tych dniach do Bremerhaven, schodzi na ląd.
Powyżej załoga pięknego rosyjskiego żaglowca MIR, który widziałam już tutaj podczas poprzedniego zlotu żaglowców.

czwartek, 25 maja 2017

Okazje, daty, imieniny, urodziny czyli celebrowanie rzeczywistości

Imieniny, urodziny, ważne daty i okazje. Ostatnio rozmyślam nad moim stosunkiem do nich i stwierdzam, że nie jest on typowy. To znaczy to wszystko może i ma dla mnie znaczenie, ale chyba za bardzo nie umiem świętować czyli obchodzić moich okazji.
23 maja obchodzę imieniny. 17 sierpnia mam urodziny. I tego roku ci, na których zawsze mogłam liczyć, składają mi serdeczne i często bardzo osobiste życzenia. Ci, czyli najbliższa rodzina: mama, córka i kilkoro najbliższych przyjaciół.
W sumie sama tym razem zapomniałabym o moich imieninach, gdyby nie życzenia od mamy otrzymane SMSem tuż po 7 rano.
Mój chłop pochodzi z kraju, gdzie obchodzi się urodziny, więc dla niego nasze imieniny to niezrozumiała rzecz, dziwna data, jeszcze jedna do obowiązkowych prezentów. A on woli czasem kupić czy zrobić coś z zaskoczenia.

środa, 24 maja 2017

Mozart mądrzeje, my niekoniecznie

Od soboty minęło dosłownie trzy dni, a Kicia już się zadomowiła w naszym ogrodzie. Chciałam napisać z powrotem, ale tak naprawdę mam wrażenie, że dopiero teraz poznała go na wylot. Podobnie, jak wszystkie opcje poza ogrodem. Zdarza się jej wprawdzie w ciągu dnia, że oddala się na trochę poza ogród, ale skoro my siedzimy tutaj, lub bardzo blisko tarasu w środku, to Kicia też się nie pcha za daleko poza nasz (swój) własny rewir.
Zaliczyła też już dwie kocie pyskówki ze swoją sąsiadką, czarną kicią z domu obok. Ale obie skończyły się polubownie, czyli pokazem siły, prychania i pokazywania sobie nawzajem, która jest silniejsza i tyle. Niebezpieczeństwa żadnego oprócz hałasu nie stwierdziliśmy.
Przy czym kiedy przedstawienie to jest kocia pyskówka rozgrywa się na naszych oczach i na naszym tarasie, Mozart czuje się oczywiście pewniej i już tak nie ustępuje, ani nie ucieka przed czarną diablicą. A my - nie ukrywam - przepędzamy czarną.
Nie trzeba do tego nawet specjalnie się wysilać, parę wodnych pryszniców wylanych na jej łebek lub w jej kierunku pokazało czarnej, gdzie jest jej miejsce.
I nagle ta czarna jakaś taka mniejsza się zrobiła.
Mozart z kolei nabrała odwagi, czując że jest u siebie.

wtorek, 23 maja 2017

Pierwszy samodzielny spacer Mozarta po chorobach

Jak wiedzą wtajemniczeni, Mozart nie była samodzielnie na dworze od lutego, czyli od czasu choroby. Potem braliśmy ją na spacer na smyczy, co wielokrotnie Wam pokazywałam na blogu.
Jak pisałam ostatnio, jedną z prawdopodobnych przyczyn jej ranki na boku mogło być ściernisko ze zdrewniałego bambusa w rogu ogrodu. Akurat bezpośrednio nad polem bambusu znajduje się płotek, z którego kicia mogła zeskoczyć, uciekając przed niebezpieczeństwem.
A jeśli faktycznie spadła z całym impetem na takie ostre niczym noże łodygi, mogło się to skończyć poturbowaniem.

Jak widać, z bambusa nie zostało prawie nic, a te małe odrastające łodyżki usuwamy na bieżąco.
Dlatego, jak napisałam, prosiłam przed wyjazdem Mikaela, żeby wytępił ten nieszczęsny bambus. I na zdjęciu powyżej już widać, co z niego zostało. Praktycznie wszystko zostało wycięte w pień, odrastające pędy Mozart lubi podgryzać.
A my, uznaliśmy, że można zrobić kolejny krok.

poniedziałek, 22 maja 2017

Bambus w ogrodzie a sprawa Mozarta

Mozart nie była samodzielnie na dworze czasu, od kiedy w lutym tego roku wróciła do domu pokiereszowana z głęboką raną na boczku. A potem jeszcze miała nawrót choroby, czyli graniniaka aeozynowego (podczas której ogon rozwarstwia jej się do krwi - na całej praktycznie długości).
Po tej akcji, zabiegach, wydaniu majątku na jej leczenie w Niemczech i wreszcie decyzji o zabraniu jej do Polski na leczenie do jedynej lekarki, która jest w stanie jej pomóc, czyli dermatologa psów i kotów doktor Karaś-Tęczy, przez pewien czas nosiliśmy się z zamiarem, że już nigdy nie będziemy jej samej wypuszczać na dwór. Ale utrzymanie jej w domu, gdzie okna na ogród sięgają do samej ziemi i gdzie kot zna już teren i możliwości wychodzenia, to w zasadzie gra niemożliwa.
Nie wiedzieliśmy co robić. Zaczęłam już nawet szukać dla niej domu, gdzie zostanie po wsze czasy kotem niewychodzącym. Wszystko dla jej ochrony, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy kiedyś w którymś momencie nie wypuścili jej tutaj choćby przez przypadek. Wreszcie zrobiło jej się nam żal i zaczęliśmy ją wyprowadzać na ogród na smyczy.
Plan się powiódł, kot wytrzymał bez samodzielnego wychodzenia ponad dwa miesiące. I całkiem nieźle Mozart nauczyła się chodzić na smyczy.

niedziela, 21 maja 2017

Powrót do Bremerhaven

Minął równo miesiąc od wyjazdu do Warszawy i wreszcie nadszedł czas powrotu do domu. Znów nieco z duszą na ramieniu, jak pokonam tę odległość, ale z przekonaniem, że dam radę, zaczęłam przygotowania do podróży od napełnienia baku. Niekoniecznie muszę przecież tankować całość przy autostradzie, gdzie paliwo jest droższe od tego w mieście o jakieś 50 groszy na litrze.
Żeby przejechać ostatnio 1000 km z Bremerhaven do Warszawy, zebrałam całe moje wówczas dostępne siły. Pojechałabym i tak, ale przy okazji nałożyło się na to także ciekawe zlecenie ustne. Takim propozycjom się nie odmawia. Tym bardziej, kiedy można zostać w swoim mieście dłużej i pójść do wszystkich lekarzy i do zaufanego specjalisty na fizjoterapię.
Jeszcze bardziej ucieszyłam się, kiedy Klient przesunął to zlecenie o dwa tygodnie, dzięki temu miałam trochę więcej czasu, żeby po tej mojej akcji z dyskiem dojść do siebie.
Noga wprawdzie jeszcze wtedy z dużą powierzchnią bez czucia na lewej stopie, za kółkiem działała na szczęście dobrze, choć z dużym wysiłkiem.
Chodziłam wtedy jeszcze noga za nogą, więc jazda pociągiem czy innym środkiem lokomocji, do tego z pudłem z kotem, nie wchodziła w grę, bo ani bym nie doniosła bagażu, ani nie zdążyła na żadne połączenie.

sobota, 20 maja 2017

Kwietniowo-majowy pobyt w Polsce

Posiedziałam sobie i odpoczęłam u przyjaciół w Polsce. I pewnie wszyscy myślą, że sobie siedziałam, piłam kawy i herbatki, nagadałam się do woli. Może tak to nawet wygląda z boku. Realia wyglądały jednak nieco inaczej, czyli każdego dnia, który spędziłam tym razem w Polsce, miałam tyle zajęć, że ledwo wystarczało czasu, żeby pomyśleć o odpoczynku. 
Telewizję pooglądałam tylko podczas tygodnia majówki, który spędziłam u innej przyjaciółki. Jak się okazało to akurat była niewielka strata.
Oprócz Przyjaciółki, u której mieszkałam spotkałam się poza mamą i córką tylko z dwiema koleżankami.
Cały mój pobyt poświęciłam oprócz pracy głównie na odbycie wszystkich zaplanowanych wizyt lekarskich, badań i na zabiegach u fizjoterapeuty.

wtorek, 16 maja 2017

Czy może być łatwiej, a nie trudniej?

Od dawna się zastanawiam, dlaczego pewne sprawy przychodzą mi z takim trudem. Czy taki jest mój własny wybór? Mawiają, że każdy wybiera sobie swój los. A jeśli tak, to dlaczego? Chciałabym być zdrowa, piękna, bogata, wyjeżdżać dużo na urlopy i odpoczywać oraz mieć nieustająco szczęście. A tu ciągle dzieje się coś, co zupełnie mi nie pasuje do powyższej definicji szczęścia. Czy robię coś nie tak? A może lepiej już być nie może? Moja Przyjaciółka, u której teraz mieszkam, użycza mi pokoju swojej córki. Mieszkam z nimi, jak z rodziną, kiedy idę na zakupy dorzucam coś do lodówki. Czasem coś ugotuję, od niedawna już mam na to siły. Czuję się zadbana i mam u Niej wsparcie, co jest nieocenione.
Akwarium w pokoju córki, czyli tym, w którym tu teraz mieszkam
Moją przyjaciółkę wyściskałam już za to niejeden raz. Nie wiem, co ja bym teraz bez niej zrobiła.
Nie mówiąc już o Konradzie, który zajmuje się moją chorą kotką. W ostatnich dniach odpadają jej strupki z zaleczonej ranki i pochlastała mu krwią całe mieszkanie. A on mi na to, że nie ma sprawy, i tak miał malować.
Nie wiem, jak Mu dziękować. 
Może jakieś kwiaty...

Ładne i pożyteczne, sadzonki pomidorków na balkonie Przyjaciółki.
Tym bardziej, że aby pozałatwiać pewne sprawy, mój przedłużony pobyt tutaj okazał się po prostu konieczny.

wtorek, 9 maja 2017

Moje cygańskie życie w Warszawie

Przestałam liczyć dni, od kiedy jestem w Warszawie. Bardzo bym chciała, żeby były to dni odpoczynku, spotkań z przyjaciółmi, wspólnego picia herbaty, kawy i wszystkiego, na co od dawna zasłużyłam. Ale życie ma swoje plany i niekiedy nie współgrają one z moimi.
Problem polega też na tym, że ten mój pobyt związany jest nie tylko z realizowanym dla klienta akurat tutaj zleceniem, ale też z moim zdrowiem. 
Chodzenie po lekarzach i badaniach, czekanie na ich opinię nie nastraja zbyt optymistycznie, raczej budzi obawy i wywołuje niepewność.

wtorek, 2 maja 2017

Spokojna majówka z kicią i ptakami

Po kilku dniach pobytu, kiedy mój czas wypełniała głównie praca i załatwianie różnych spraw w tym samochodowych, okazało się, że ze względu na lekarzy muszę zostać w Warszawie dłużej i pojawił się problem logistyczny: zaczęła się majówka, ludzie muszą pobyć razem, do wujka Konrada przyjechała jego dziewczyna. Kicia nie mogła więc im tam jeszcze zagęszczać teraz metrażu. 
Krótko mówiąc: gdzie mamy się podziać?
Ze mną nie ma problemu: Przyjaciółka znowu okazała wielkoduszność i powiedziała, że mogę u niej siedzieć, ile będzie trzeba.
(Dzięki Ci moja Przyjaciółko!!!)
Pojawił się jednak problem z kicią. Zaczęłam szukać rozwiązań. Jak już wiadomo z poprzedniego wpisu o dniu wizyty lekarskiej, kiedy to resztę czasu spędziłyśmy z kicią u mamy, zamieszkanie nawet na kilka dni w dwupokojowym mieszkaniu mamy razem z mamą, córką i jej kotem chwilowo jest wyjściem raczej ostatecznym.
Kicia bardzo źle by to zniosła, wszyscy inni raczej też, a i ja bym im tam teraz naprawdę na głowie chyba musiała siedzieć, bo córka ma tam zebrane większość rzeczy i czeka na wyprowadzkę. Dlatego szukałam rozwiązań dalej.
W ferworze poszukiwań poprosiłam o pomoc inną przyjaciółkę, która jak się okazało wyjeżdża na rowery na tę majówkę. I zgodziła się, żebym ten czas przemieszkała u niej! Najbardziej chyba cieszy się kicia, że wreszcie jest ze mną, że mam dla niej czas.
I tak oto od piątku do przyszłej niedzieli mieszkamy z Mozartem u niej w mieszkaniu.

poniedziałek, 1 maja 2017

Wizyta u doktor dermatolog

Wizytę u doktor Karaś-Tęczy w gabinecie Dermowet zaplanowałam dużo wcześniej. Potem jednak przekładałam ją z uwagi na przekładany termin wyjazdu do Polski. Na sprawy klienta nie miałam wpływu. Na szczęście wizytę dało się przełożyć jeszcze dwa razy.
Żeby wziąć kicię do lekarza wczesnym popołudniem, musiałam ją odebrać od Konrada przed 7 rano, żeby zdążył do pracy. Podjechałam więc do niego w czwartek 20.04. i dostałam kota w kontenerku z przygotowanymi miseczkami i jedzeniem. Kuwety nie musiałam brać, bo postanowiłam przeczekać ten dzień, czyli kilka godzin przed wizytą i kilka po wizycie u mojej mamy.
Gdybym miała inną opcję, na pewno bym z niej skorzystała. Niestety nie miałam. 

Na stancji u wujka Konrada

Wiedząc, że sama mam gdzie mieszkać, a kici też znalazłam bezpieczną stancję, jechałam do Polski już o wiele spokojniejsza. 
Do Polski jechałam we wtorek. Po przejechaniu 1000 km pojechałam z koteczką zgodnie z opowieścią podróżną prosto na stancję do wujka Konrada. Dotarłam około 23 w nocy, wnieśliśmy wszystkie rzeczy kotka na górę (3 piętro bez windy) po czym wypuściliśmy Mozarta z kontenerka.
I tu przeżyłam wielkie pozytywne zaskoczenie. Kicia poczuła się w jego kawalerce jak u siebie! Nie mogłam się nacieszyć, jak szybko rzuciła się do jedzenia, wody, a po chwili już ocierała się o jego nogę.

Nasza wielka wyprawa Bremerhaven - Warszawa

Prawie dwa tygodnie temu 18 kwietnia wyruszyłam w długą podróż z Bremerhaven do Warszawy w naszą wielką podróż leczniczą. Ja i Mozart. To będzie dłuższa opowieść i nie zmieści się w jednym wpisie, więc zróbcie sobie kawy czy czego tam chcecie i usiądźcie wygodnie i poczytajcie.
Nie odzywałam się tutaj długo, bo potrzebowałam zorganizować logistycznie naszą podróż i pobyt w Warszawie. Poza tym trzeba było mądrze wykorzystać czas nie tylko na pracę, ale i na leczenie oraz zorganizować cały nasz pobyt w Polsce.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Wycieczka rowerowa i część Speckenbütteler Park

W ostatni weekend wybraliśmy się po dłuższej przerwie znów na rowery. Tę aktywność jako ogólnorozwojową wręcz zalecił mi fizjoterapeuta. Temperatura w niedzielę wyniosła niesamowite 18-19 stopni C. Na dworze spotykaliśmy mnóstwo ludzi w lekkich strojach, w krótkich rękawkach. Ja jednak nadal muszę uważać na siebie, okrywać ciepło całe plecy i ogólnie nie mogę przemarznąć. Musiałam się ubrać się na cebulkę. I to się sprawdziło.
Nie mogę jeszcze jeździć na rowerze za szybko, i muszę unikać wertepów, bo też mi nie służą na kręgosłup, poza tym wszystko mogę robić normalnie. Czyli nadal muszę na siebie uważać, ale to lepsze, niż nic. I tak oto, leniwym tempem w ciągu ok. 3,5 godziny pokonaliśmy po okolicy ok. 32 kilometrów. Strasznie mnie nadal te kilometry rajcują, a na moim liczniku mam tylko liczbę zbiorczą wszystkich przejechanych km, teraz będzie już ponad 100.
Moim przewodnikiem po okolicy nadal jest Mikael. Zna to miasto niczym własną kieszeń, w końcu urodził się tutaj i z małymi wyjątkami mieszkał przez większość życia. Toteż on póki co wybiera trasy.
Od lat jeździ codziennie do pracy i z pracy rowerem, niezależnie od pory roku i pogody. Na deszcz ma spodnie i kurtkę przeciwdeszczową, na zimno specjalną termiczną bieliznę. Nawet w zdrowym stanie nie jest mi łatwo za nim nadążyć, a teraz niestety jeszcze mi sporo brakuje do sportowca wyczynowca. Dlatego pierwsze 15 km upływa nam głównie na jeździe, zahaczamy o jeden park, ale Mikael stwierdza, że tu byliśmy ostatnio i jemu się to szybko nudzi, więc pojedziemy do drugiego parku, o wiele ładniejszego. Zgadzam się, w końcu na tym moim nowym rowerze spokojnym tempem dojadę wszędzie, gdzie chcę.
No i wreszcie dojeżdżamy do Speckenbütteler Park. 

piątek, 7 kwietnia 2017

Sprzątanie w internetach, czyli spamerzy i inne dziwolągi

Biorąc udział w życiu wirtualnym często wchodzimy do czyjegoś życia, nawet o tym nie wiedząc. I tak niektóre osoby nigdy nie dowiedziałyby się o moim istnieniu, gdyby nie profil na FB. A w każdym razie nie mogłyby mnie w żaden sposób zaczepić czy zagadać, a już na pewno nie dałabym większości z nich komentować mojego wyglądu czy składać jakichkolwiek propozycji. 
Jednak media społecznościowe dają taką możliwość.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Fizjoterapia i spacery z kotem

Dziękuję za wyrazy troski pod poprzednimi wpisami. Były mi bardzo potrzebne. Nie dałam rady na nie odpisywać, bo to jeszcze nie był ten czas. Dalej w środku czuję pustkę po Piesiu, ale powoli zaczyna być łatwiej. Kicia zresztą przejęła obowiązki i najczęściej budzi się razem ze mną, a potem większość dnia chodzi czy biega przy nodze, a to chce jedzenie, a to wyjść na dwór, a to znów pobawić się. W każdym razie mocno wypełnia tę pustkę po Nim.
Dla tych, co pytają tutaj, na fejsbuku i wszędzie indziej odpowiadam, że z moim zdrowiem codziennie coraz lepiej. Do pełnej sprawności jeszcze trochę brakuje, ale od dziś rana poczułam pewną ulgę podczas chodzenia. Tabletki przeciwbólowe odstawiłam już w ubiegłym tygodniu po konsultacji z fizjoterapeutą. Skoro nie muszę, nie będę się truć. Korzystam też chętnie z ogródka, tym bardziej, kiedy obowiązki wzywają, ale o tym napiszę dalej.
Na rowerze też już jeżdżę, to akurat sprawia mi radość, chociaż moja forma jest śmiesznie niska, ale lepiej choć trochę, niż nic.

poniedziałek, 27 marca 2017

Trzeba żyć dalej

Chociaż nadal każde miejsce, w którym lubił leżeć czy chodzić Piesio, nosi jego ślad, coś jakby ciepły uśmiechnięty cień, próbujemy wracać do życia.
Dziś wreszcie po dłuższym czasie wyszłam razem z Mikaelem do ogródka. Kwiaty rosną jak szalone. W temperaturze 18 stopni i po tygodniu deszczów wcale im się nie dziwię.
Ostatnio leżał tam sobie, kiedy Mikael sadził kwiaty. Siedząc oboje przed domem wspominaliśmy, jakby teraz było cudnie, gdyby obok siedział Piesio. I jakby się cieszył.
Wiele się można nauczyć od psa: cieszyć się z prostych rzeczy, uśmiechać do bliskich, szybko zapominać urazy, radować się z każdego smakołyka i paru innych małych, a jakże istotnych rzeczy.

piątek, 24 marca 2017

Nie ma Piesia

Wczoraj w godzinach porannych odprowadziliśmy na ostatni spacer i pożegnaliśmy Schwarza, częściej zwanego Piesiem.
Chcę go pamiętać takim, jakim był jeszcze podczas ostatniego spaceru ze mną.
Piesio
Trzymałam go w objęciach w tych ostatnich chwilach, kiedy już musiał odejść. I chociaż wiem, że to było konieczne i decyzja była właściwa, to i tak jest piekielnie ciężko. I tak boli. I tak ciągle nie mogę sobie znaleźć miejca.

wtorek, 21 marca 2017

7 sposobów, jak sobie radzić z ograniczeniem ruchowym

Jak to jest nie móc wstać o własnych nogach. Jak to jest nie móc przemieścić się swobodnie z miejsca na miejsce. Jak to jest spędzać życie na leżąco, w bólach. Nie zadajemy sobie najczęściej na co dzień tych pytań, bo nie musimy, a raczej większość z nas nie musi.
I tak jest dobrze.
Niestety pod wpływem mojej ostatniej dolegliwości, czyli problemów z dyskiem, siłą rzeczy zadałam sobie te wszystkie pytania niejeden raz. Nie powiem, żeby udało mi się udzielić sobie wszystkich odpowiedzi. Niektóre pytania ciągle się czają w mroku i szukają rozwiązań.

sobota, 11 marca 2017

Sezon rowerowy 2017 uważam za otwarty

Weekendy są po to, żeby odpoczywać. Od dawna staram się kultywować ten zwyczaj, chociaż wielu klientów tłumaczy wychodzi z założenia, że oni mogą mieć wolne, ale tłumacz ma zrobić swoje z piątku na poniedziałek rano. Pomijając upiorny fakt, że potem jeszcze trzeba takim zmęczonym jakoś rozpocząć kolejny tydzień uważam tego typu zlecenia po prostu za nieetyczne i staram się ich raczej nie przyjmować. W ten weekend oboje bardzo potrzebowaliśmy odpoczynku.
Żeby jednak móc cokolwiek dziś zrobić z tak pięknym słonecznym dniem, trzeba było najpierw ogarnąć zwierzaki. Czyli spacer z psem, leki, apteka, maść Panthenol na poprawę stanu ogonka, bo lekarz odpowiednie leki sprowadzi pewnie dopiero na koniec przyszłego tygodnia. Wybraliśmy się więc na rowery już koło 13. Mimo sporej i plusowej temperatury do 11 stopni C było dość wietrznie. Dlatego ubrałam się na cebulkę: w podkoszulkę, golf, na to bluzę, a na to jeszcze dość ciepłą kurtkę. A na nogi getry. Nie czułam się w tym stroju może królową wybiegów, ale za to plecy i górna część ciała były pod ochroną.
No to w drogę. Dość szybko dojechaliśmy do naszego ulubionego parku centralnego w Bremerhaven.
A tam czekały już na nas iście wiosenne widoki. Jeziorko, kaczuchy i inne ptactwo i jak na razie samotne ławeczki, bo nam do nich raczej d...a przymarzała. Ale długo nie posiedzieliśmy, więc dało radę wytrzymać. 
Tu pierwsze zdjęcie, gdzie widać jak tam pięknie a zaraz obok mój nowy piękny rower! No nie wytrzymam i się będę chwalić.

piątek, 10 marca 2017

Wiosna w ogrodzie - początek prac

Siedzę przed komputerem uziemiona nie tylko pracą, co bardziej moimi nieprzejednanymi plecami, które pobolewają tak, żebym miała przedsmak, jak to będzie na później emeryturze.
Miły po otrzymaniu we wtorek dobrych wiadomości z laboratorium, które pozwalają wierzyć, że wykonana w ubiegły piątek operacja zakończyła tę walkę na dobre, jest nadal na zwolnieniu. Nie bardzo jeszcze może trenować, ani na rowerze pojeździć zbyt intensywnie. Ma więc trochę energii i na szczęście postanowił ją spożytkować dla dobra ogniska domowego i zabrał się za prace ogródkowe.

środa, 8 marca 2017

Moja biała i czarna lista z ostatnich tygodni

Dni mijają jak z bicza strzelił, a dzieje się tyle, że za moimi opowiadaniami bez notatek nadąża tylko moja najbliższa Przyjaciółka, której zdaję szczegółową relację codziennie niemal ze wszystkiego.
I tak ani się obejrzeliśmy, a z zimy zrobiła się już prawie wiosna. A ja nawet aparatu nie wyciągam, bo czasu nie mam i sama za sobą nie nadążam.
A co u nas?
Na tym zdjęciu jeszcze miałam plecy, następnego dnia już wszystko mnie ciągnęło i żadne ćwiczenia rozciągające nie pomagały.
Ano trochę (całkiem sporo) dobrego i trochę niezbyt dobrego. Ale po kolei.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Kronika iw - Karnawał i starówka w Bremie

Na świecie codziennie zdarzają się zamachy, umierają lub chorują ludzie, w życiu każdego z nas im więcej lat, tym więcej trosk.
Ale nie da się rozwiązać wszystkich problemów na raz.
Czasem warto się po prostu na chwilę zatrzymać i pomyśleć o niebieskich migdałach.
Albo o kolorowych tancerzach spotkanych w ostatnią sobotę przez nas w Bremie podczas karnawału.
Pojechaliśmy tam pozałatwiać kilka spraw i powłóczyć się po mieście.

piątek, 10 lutego 2017

Wróg Mozarta

Miałam naprawdę nadzieję, że to się wszystko unormuje, ułoży, utrzęsie. Że nowy rewir Mozarta będzie dla niego przyjazny.
Niestety.
Już w czasie remontu widywaliśmy dużego czarnego kota, który wpadał z wizytą niemal codziennie. Potem okazało się, że to wychodzący kot naszych sąsiadów z domu obok.

wtorek, 7 lutego 2017

Czasem każdy ma pod górkę

Od dłuższego czasu nie odzywam się na blogu i ciągle czekam na lepszy moment. Ale chyba tak to już jest, że nie ma czegoś takiego jak lepszy moment. Trochę spraw się na mnie zwaliło. Po prostu o nich napiszę, bo inaczej nie ruszę tutaj z miejsca.
Pobyt w PL
W sobotę wróciłam z Polski z dwutygodniowego pobytu. Podczas niego miałam dwudniowe zlecenie, a potem wróciłam do domu do mamy i zajęłam się załatwianiem zaległych spraw urzędowych.
Przed wyjazdem jakoś nie miałam czasu się z Wami tym podzielić, ani po powrocie się odezwać.
Powodów były setki, ciągle coś ode mnie chciały jakieś urzędy lub instytucje. A kiedy kończyłam jedno pismo, przychodziło następne. 
Najwięcej jednak zajmowały mnie dwie operacje u moich bliskich, które odbyły prawie jednocześnie.
W takich momentach zacinam się i nie umiem pisać, dzielić się tym, co mnie obciąża. Mobilizuję wszystkie siły, żeby pomóc, jak tylko mogę i przejść przez to.
Korytarz szpitalny kliniki, w której operowano moją Mamę.

wtorek, 17 stycznia 2017

Kochanie, zrób mi zdjęcie

Kochanie, zrób mi proszę wreszcie jakieś zdjęcia, bo ciągle sobie tylko robię z komórki. Dziś takie piękne słońce, a ja się tak fajnie czuję i chciałabym, żebyś mi zrobił fotkę. Buziaki słodziaki i takie tam na zachętę.
No dobra, chłop wziął do ręki mój aparat, ale od razu widać było, że dziś nie chce mu się i że to nie jego dzień na robienie zdjęć. Tyle, że ja nie wiem, kiedy przy takich obciążeniach, jakie mam ostatnio trafimy na wspólny dzień na spacer i w dodatku przy tak bajecznej pogodzie. Sami zresztą oceńcie: na zdjęciu główny deptak Bremerhaven, w tle najdroższy tutaj i najbardziej znany hotel, o kształcie świadomie przypominającym widok z Dubaju.
Do dzieła więc moi drodzy, zobaczcie, jak to jest próbować wydębić fajne zdjęcie od kogoś, kto nawet nie za bardzo lubi robić zdjęcia.
Nie no, to nawet mogłoby być, tylko po co mi ta latarnia morska wyrastająca z głowy?

niedziela, 15 stycznia 2017

Sprawa płotu, a ochrona ubezpieczeniowa w Niemczech

Mam ostatnio bardzo dużo pracy, z którą muszę zdążyć terminowo, więc niewiele mi pozostaje energii i weny do pisania na blogu. Ale trochę spraw się oprócz pracy nałożyło. Pomyślałam więc, że w tak zwanej przerwie technicznej opowiem Wam, jak się mają sprawy naszego płotu, a raczej ogrodzenia.
Jak zapewne pamiętacie, w Wigilię 2016 w nasze ogrodzenie wjechał samochód. Pisałam o tym w poście pod tytułem Jak najechał nas Mikołaj. Po naszej stronie zniszczył sporą część narożnika, a u sąsiada całkowicie zniszczył bramę wjazdową.

niedziela, 8 stycznia 2017

Spacer z psem i fotorelacja - wieczny dylemat

Chodź piesku, idziemy na spacerek.
Tak, tylko się ubiorę. Tak, nie musisz tak dyszeć, muszę założyć jeszcze szalik, i czapkę, i rękawiczki gdzieś miałam. Aha, szminką muszę usta pociągnąć, bo mróz straszny i usta mi popękały. Ale mamy tak piękną pogodę, że dziś biorę aparat i postaram się jakoś zrobić parę zdjęć.
Zaraz, zaraz, no co tak dyszysz, że nie mogę myśli skupić... przestań! Bo mózg mi się lasuje! Bo jak machnę gazetą, to się przestraszysz. Nie wierzysz, no cicho żesz wreszcie, bo nie nie dam rady myśleć. Daj mi się skupić!
Co to ja chciałam. Aaaa, aparat muszę wziąć.
Mam dla Ciebie uprząż, mam smycz, mam torbę, ale czegoś brakuje. Aha! Buty jeszcze. No poczekaj jeszcze. Tak wiem, że się niecierpliwisz, ja też bym już chciała wyjść, ale ja bez butów to niekoniecznie.
Oooo, aaaa, dobra, sznurowadła zaciągnięte. Mam klucz? Bo jak nie mam, to wiesz, trzeba będzie Mikaela z pracy ściągać i do samochodu też nie wejdziemy, bo klucze mam spięte razem.
Okej. Wszystko jest. Możemy iść. Dobrze, ostrożnie, uważaj, no odejdź od tych drzwi, przecież nie otworzę, jak przed nimi nich stoisz salcesonie nieruchawy ty mój kochany. Tak. Wiem, że nie rozumiesz, albo już masz dość tego mojego ubierania. Tak. Do samochodu. Poczekaj, jeszcze tylko drzwi zamknę. Samochód otwieram, już, już. Nie drap mi cholero tego lakieru pazurami! Samochodu przez ciebie nigdy nie sprzedam, chyba że na złom! Dobra, podnosimy piesia staruszka, wiem, wiem, że byś chciał podskoczyć, ale już nie możesz mój staruszku kochany. Dobra, to piesia bierzemy pod brzuszek, pod uprząż i hoop! Do autka! Siadaj lepiej. No siad. Mówię.
A teraz mordę chroń. No mówię przecież: chroń dziub, jak na łodzi! Nie chcesz, no trudno. Ja już zamykam autko. Ooo, i znów się udało. Jedziemy, poczekaj chwilkę...