piątek, 10 lutego 2017

Wróg Mozarta

Miałam naprawdę nadzieję, że to się wszystko unormuje, ułoży, utrzęsie. Że nowy rewir Mozarta będzie dla niego przyjazny.
Niestety.
Już w czasie remontu widywaliśmy dużego czarnego kota, który wpadał z wizytą niemal codziennie. Potem okazało się, że to wychodzący kot naszych sąsiadów z domu obok.




Ze strony Mozarta były próby zbliżania się, ale odwagi wystarczyło mu tylko do obwąchania czarnego przez szybkę.


Ta próba zbliżenia poglądów nie wygląda dobrze.

I o dziwo zaczęła częściej załatwiać się w kuwecie, mimo możliwości wychodzenia. Jakby bała się na dworze odprężyć...

Wychodzenie z domu odbywało się zawsze na 2-3 razy, zanim nabrała odwagi.
Drzwi balkonowe szeroko otwarte, a Mozart ciągle się waha, czy wyjść, wącha, próbuje wybadać zagrożenie.
Po okolicy krąży jeszcze jeden podobnych rozmiarów kot o jasnym umaszczeniu i bezczelny wielki rudzielec. Oba są znacznie większe od Mozarta i zaprawione w bojach. Ale to tego czarnucha wielokrotnie już widziałam, jak zapędzał Mozarta w kozi róg, to jest za stojące z tyłu ogrodu oparte o ścianę stare okno, czekające na wywiezienie. I to stamtąd wyciągałam potem wystraszoną Mozart, która sama bała się wyleźć.

 
Niestety czarna bestia jest prawie dwa razy większa od Mozarta, my staramy się odganiać go, bo tak radzą podręczniki, ale na niewiele się to zdaje.
Pies też nic nie pomoże.
Schwarz sam już jest staruszkiem i nie wystraszy nikogo, nie dowidzi, nie dosłyszy, ledwo się na nogach wlecze, bierze leki i cieszy się każdym dniem, który jest mu jeszcze dany.

A kicia bardzo dobrze się czuje w domu 

... i coraz bardziej niepewnie wychodzi na dwór.



Już raz ok. miesiąc temu przyszła ta nasza bida taka zmaltretowana, najwyraźniej podrapana i poobijana po walce. Chcieliśmy wtedy iść do lekarza, ale sam wydobrzał. 
Po kilku dniach znalazłam na jej boku ślady zmagań, bo na nosie było widać już wcześniej.
Wczorajszy dzień i tak był dla nas dość ciężki, moja córka ma kłopoty, a ja niestety przejmuję się tym nadal, nawet jeśli wiem, że jest dorosła itp. Mozart w ciągu dnia wyszła raz na dłużej i wróciła w dobrej formie.
Potem wczoraj wieczorem kicia wyszła jeszcze raz na chwilę na dwór koło 20-tej i wróciła ledwo powłócząc nogami. Kiedy próbowałam brać ją na ręce, strasznie biadoliła i płakała. Myślałam, że też sama wydobrzeje, ale po 22 zajrzałam jej na bok. Wcześniej niczego nie zauważyłam, bo było wilgotno, ale nie krwawiła... Patrzę, a tu zieje wielka na kilka cm rana cała skóra rozerwana aż do mięsa.
Nie pozostało nam nic innego, jak jechać do jedynej w okolicy lecznicy całodobowej w Bremie, 60 km od nas.




Miła pani doktor nas przyjęła i dokładnie obejrzała Mozarta, po czym stwierdziła to, co i tak wiedziałam: trzeba to zeszyć i jeszcze zrobić RTG i badanie krwi, żeby sprawdzić, jak pozostałe miejsca i ogólny stan pacjentki. Niestety koszty takiej pomocy, do tego w godzinach nocnych (byliśmy tam tuż po północy) są olbrzymie. Nie mieliśmy wyjścia, bo rana była poważna. Po ogoleniu boczku okazało się, że w sumie poważne rany wymagające szycia były dwie i wiele pobocznych na całym lewym boku. Na prawym boku z kolei ma potężnego siniaka oraz też cienkie ślady zębów.
Nie obyło się bez szycia ucha, bo krew z niego leciała ciurkiem.
Operacja szycia odbyła się pod narkozą. Mogliśmy odebrać kicię ok. 3 nad ranem. W domu byliśmy ok. 4-tej. Kicia okazała się bardzo głodna, więc dostała jeść. Rano już była całkiem w dobrej formie, próbowała mi narozrabiać na biurku. Ale jej bok, noga i ucho przypominają mi o jej cierpieniu i tym, co tu za nią już zawsze będzie czyhało w ciemności.
Tak to wygląda dzisiaj.


Poharatana jest też tylna łapka i ucho.




Za 10 dni trzeba będzie zdjąć szwy, przynajmniej te z boczku... A wcześniej przydałaby się kontrola, czy wszystko się goi. Dziś próbowałam podać Mozartowi tabletkę od bólu. Mam tak pogryziony palec, że już się nie odważę. Kupiliśmy pastę dla kotów z witaminami i na odkłaczenie, smakuje jej, jutro dostanie leki razem z pastą.
A co dalej z kicią?
Nie możemy jej tutaj więcej wypuszczać na dwór. Z drugiej strony ona znajdzie sobie zawsze wyjście, jak już wie, jak i w jaki sposób. A i nam trudno by było trzymać ciągle dom zamknięty na cztery spusty. Boimy się, że kolejnego ataku nie przeżyje. A i my z naszymi dochodami szybko znajdziemy się pod kreską. Ale najgorsze i tak jest to, co jej grozi.
Poddałam się. Próbowałam wszystkiego, przeprowadzka się udała, kot polubił dom, zaakceptował drugiego człowieka. Ale niestety trafił do jakiegoś koszmarnego diabelskiego rewiru, w którym każde wyjście na dwór grozi jej poważnymi komplikacjami zdrowotnymi lub wręcz utratą życia. Nie chcę do tego dopuścić. :(
Zacznę jej szukać dobrego domu u kogoś z mieszkaniem. Kicia już wyrosła z młodzieńczych szaleństw, znamy sposób na jej ogon, jestem przekonana, że da sobie radę w mieszkaniu.
I przynajmniej przeżyje...
Teraz ją wykuruję, już jest w niezłej formie, jak na takie przeżycia. Ale nie chcę jej już na nic nigdy narażać. To już lepiej nie mieć jej przy sobie. Chociaż serce mi krwawi, kiedy to piszę.
OGŁOSZENIE
Jeśli ktoś chciałby przygarnąć tę pięcioletnią piękną, elegancką i kochaną istotę o dobrym charakterze, choć oczywiście chodzącą własnymi drogami, umiejącą dać miłość i przywiązanie, ułożoną niemal jak piesek, będzie z nią szczęśliwy.
Proszę Was bardzo popytajcie wśród znajomych.

47 komentarzy:

  1. To istna masakra, smutno mi się zrobiło. To naprawdę jedyne wyjście, oddać ją? Ja bym po prostu nie dopuściła do wychodzenia na dwór, ciężko kotu będzie zasymilować się z nowym otoczeniem i nowymi ludźmi. Przemyśl to raz jeszcze, bo posunęłaś się do ostateczności. Ja bym swojego dziś nie wydała... ;/ Po prostu siedzi w domu, bo nie jest przyzwyczajona do wychodzenia i ucieka w panice przed dosłownie wszystkim, to dziwny kot... a została wzięta z ulicy i taki wypłoszek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To według mnie jedyne możliwe wyjście, które może zagwarantować jej bezpieczeństwo. :( Nie umiem na ten moment wymyśleć lepszego rozwiązania.

      Usuń
  2. No nie wiem. A nie daloby sie jej upilnowac w domu? Zeby w ogole nie wychodzila?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja może bym i dała radę, ale Mój nie upilnuje, poza tym tu są wielkie okna balkonowe wprost na dwór, w lecie nie da się tego zamknąć, a ona już to wie i głupiutką ciągnie na dwór. Zna oba wyjścia, to przez okna balkonowe i to przez drzwi. Na pewno kiedyś znów by uciekła. Za duże niebezpieczeństwo. Nie chcę, żeby ją zatłukły te bestie...

      Usuń
    2. Witam - mieszkam w segmencie w Warszawie na Mokotowie i miałam pdobne sytuacje .
      Jedynym wyjściem było załozenie specjalnych siatek w oknach łącznie z wyjsciem na taras do ogrodu . Wcześniej koty były też wychodzące - przyzwyczaiły się i jest ok .Zyczę zdrowia dla Kici
      Ewa

      Usuń
    3. Witam - mieszkam w segmencie w Warszawie na Mokotowie i miałam pdobne sytuacje .
      Jedynym wyjściem było załozenie specjalnych siatek w oknach łącznie z wyjsciem na taras do ogrodu . Wcześniej koty były też wychodzące - przyzwyczaiły się i jest ok .Zyczę zdrowia dla Kici
      Ewa

      Usuń
  3. ja bym jeszcze spróbowała posypać wokół posesji odstraszaczem kotów, ja to kupowałam w budowlanym sklepie, jest to preparat podobny do zwykłej ziemi ogrodowej, nie jest drogi, jedno pudełko wystarczyło. Sypałam bo przychodziły obce koty i strasznie znaczyły, śmierdziało okrutnie. Od tamtej pory żaden kocur się nie zapuszcza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Klarko - Niestety te napaści mogą się zdarzyć nie tylko na naszym niewielkim ogródku, ale i wszędzie wokoło, a kicia głuptasek niestety łazi po obcych działkach też. Także niestety nie wierzę, że to pomoże. Za dużo ostatnio malutka oberwała. W domu w Warszawie też czasem obrywała, ale nigdy nie dostała pazura na wylot prosto do brzucha. To już nie są żarty!

      Usuń
  4. No to niefajnie. Zupełnie kiepsko. A do swojej mamy nie mogłabyś jej odtransportować? Bo podejrzewam, że lepiej by się kiciula czuła u kogoś kogo zna, a nie u kogoś zupełnie obcego. Bardzo mi żal kici, bo oberwała mocno i być może, że nie od jednego przeciwnika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda to tak, jakby oberwała po dwóch stronach i po łebku, po łapkach też. Czyli z każdej strony, chyba że te inne zadrapania na całym ciele uzbierała w ciągu ostatnich dni, chociaż wyglądają na świeże, robią się strupki.
      Gdyby mama mogła się nią zająć, to pewnie bym to zrobiła. Ale po pierwsze na razie ma swoje operacje, poza tym nie wiadomo, czy nie będzie zmuszona wziąć do siebie kota mojej córki z uwagi na różne uwarunkowania, o których tu nie będę pisać. Nigdy nie chciała mieć zwierząt, a zawsze dostawała jakieś "w spadku". A potem jej umierały... Poza tym sama ze sobą ma teraz co robić, te oczy musi zoperować. Wprawdzie już pod koniec kwietnia będzie po rekonwalescencji, ale kto wie, co dalej. Jest już starszą osobą i to bardzo dynamiczną, nie siedzi w domu, jak typowo panie w jej wieku. Dla niej to by było poważne obciążenie...
      I jeszcze z innych powodów raczej o tym nie myślę.

      Usuń
  5. Bardzo niefajnie... Strasznie mi przykro. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy: nie wypuszczać! Trzymać w domu nawet w szelkach. Ale wiem, że wychodziła zawsze i pewnie - mimo strachu przed atakującymi - wychodziłaby dalej, zwłaszcza, że każdorazowo znajdzie sposób. Może faktycznie dałoby się ją, tak jak pisze Anabell, oddać pod opiekę Twojej mamie? To będzie dla niej straszne, trafić do zupełnie obcych ludzi.

    Trzymam mocno kciuki za pomyślne załatwienie sprawy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ken.G - ona jeszcze nie za dobrze się czuje, nadal w kołnierzu, a tu już i tak lezie pod drzwi balkonowe i już by najchętniej wyszła. W mieszkaniu przyzwyczai się, że się nie wychodzi, bo tam tak będzie od początku.
      Gdyby pobyt u Mamy był możliwy, brałabym go pod uwagę, ale to naprawdę nie takie proste, a o szczegółach wolałabym nie pisać.

      Usuń
  6. JA mam kota 9 letniego, wykastrowany, gabarytowo malutki ale wychodzacy. Nie raz dostal manto od wioskowych kotow, tez jechalam 2 razy do weta w nocy, bo slanial sie na nogach ale byl obity i mial ugryzienia jednak nie tak rozlegle jak Twojej kotki. Wiele razy wylatuje wieczorami na podworko jak slysze, ze sie koty bija, bo wiem, ze to moj dostaje po tylku. Mimo, ze dostaje lomot to pragnie wychodzic i nie jestem w stanie go zatrzymac w domu, a latem taras otwarty, wiec chodzi kiedy i jak chce. Takie wstretne siersciuchy co robia krzywde sa wszedzie, tam gdzie mieszkalas wczesniej i ona wychodzila tez byly takie koty tylko zawsze jej sie udawalo. U mnie miala miejsce kilka lat temu taka sytuacja: byl taki kot co mojego ciagle tlukl, to wtedy jezdzilam do weta w nocy, kot byl tak wredny, ze nawet pewnej nocy jak moj kot latem przed nim uciekal do domu i wszedl przez okno w naszej sypialni to ten kocur wszedl za nim, poszedl za moim kotem do salonu i tam go atakowal, nas obudzil halas i jak poszlismy do salonu to sami tamtego kota sie balismy, a on naszego nie chial puscic w naszym domu nawet jak nas widzial. W drzwiach do garazu jak tylko kot do nas trafil zalozylismy klapke w drzwiach po to aby kot mogl sobie wejsc, zjesc i pospac jak nas nie bylo, a on wyszedl rano na podworko i nie zdazyl wrocic do naszego wyjazdu do pracy. Tamten kot, ktory naszego gnebil byl taki bezczelny, ze wchodzil za naszym do garazu, wyjadal mu jedzenie i atakowal. Miarka sie przebrala, pewnego dnia ustawilismy okienko tak, ze tamten kocur wszedl tylko do garazu ale juz nie mogl wyjsc, wtedy od zewnetrznej strony drzwi przystawilismy worek po ziarnie i odblokowalismy klapke, kot wylecial prosto do worka i zostal wywieziony 15 km dalej do innej wioski. Nikt go nie szukal, nikt nie pytal, byl to jakis wioskowy kot, o ktorego nikt nie dbal tylko dokarmial. Uwazam, ze krzywdy mu nie zrobilam, bo taki terrorysta wszedzie sobie poradzi, a moj kot przez niego okolo pol roku cierpial. Dodam tylko, ze moj kot spi w domu, wieczorem wraca, w dzien kreci sie kilkanascie razy dom/podworko. Jak nie raz wylatuje z domu go ratowac gdy slysze, ze koty sie bija to jak odgonie obcego kota to moj zamiast wracac ze mna do domu to skrada sie za tamtym odgonionym i znowu szuka klopotow choc wie, ze to zawsze on dostanie po pysku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszna historia, rozumiem Waszą reakcję, chociaż sama pewnie tego bym nie zrobiła. Poza tym tu w okolicy jest sporo kotów. Przy pierwszych próbach siły myślałam jeszcze, że się to utrzęsie, ot trochę się podrapią, ona okaże potulność (tak się to odbywa w świecie drapieżników), a one jej odpuszczą.
      Ale widać się nie udało, a dalej ryzykować nie chcę...
      Tym bardziej, że to było gdzieś dalej, bo tym razem nie słyszałam jej krzyku, a musiał być przeraźliwy, kiedy dostała dwie dziury w brzuchu i mnóstwo potłuczeń i podrapań na całym ciałku...
      Nadal jeszcze liże rany - choć nieźle dochodzi do siebie.
      My emocjonalnie - też się jeszcze do końca nie pozbieraliśmy.
      Jedno wiemy: nie chcemy, żeby to się powtórzyło.

      Usuń
  7. Smutne to bardzo. Jak czytalam to pierwsza mysl trzymac w domu kota, ona tak miala pamietam ze byla dlugo kiedys w domu jak byly klopoty z ogonkiem, teraz tez musi byc w domu po tym zabiegu, wiem tez, pamietam ze bardzo ja ciagnie zeby wyjsc z domu, wiec bedzie to trudne. No i piszesz ze trudno bedzie ja upilnowac, ze znajdzie sposob zeby uciec na zewnatrz. Jak czytalam post to tez myslalam co zrobic zeby tamten kot nie przychodzil, no i potem czytam co Klarka pisze, moze to jest dobry pomysl.
    Bo wiesz mysle tak, mozna miec pomysl i on moze byc dobry oddac kota w dobre rece, ale jezeli nawet teraz widzisz to dobrze to nie znaczy ze bedziesz czula sie dobrze potem, jestes wrazliwa, kochasz ta kotke bardzo, boje sie ze mozesz cierpiec potem, zalowac, czuc sie zle. Czesto w zyciu bywa tak ze myslimy ze podejmujemy wlasciwa decyzje i ona naprawde wyglada dobrze, ale nie jestesmy w stanie przewidziec jak to dotknie nas od srodka. Nie wiem, moze najwazniejsze jest to co czujemy a nie to co myslimy kierujac sie rozsadkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W odpowiedzi do Klarki napisałam, że to nie pomoże. Kot wyjdzie dalej poza nasz niewielki ogródek i będzie jeszcze gorzej.
      Niestety w tym momencie uważam, że od moich tęsknot ważniejsze jest dobro kota, a ja mu bezpieczeństwa w tym domu zapewnić nie mogę.
      Na razie się zbieramy, mam nadzieję, że jakoś to powolutku uda się rozwiązać.

      Usuń
  8. ujujuj... mamy kocią wojnę o teren i trzeba Mozartu pomóc...
    oddanie kota uważam za ostateczność, gdy wszystko inne zawiedzie...
    zanim znajdziesz i nawiążesz kontakt z profesjonalnym kocim behawiorystą nieco czasu upłynie, bo nie jest ich wielu... co prawda nic nie tracisz, gdy napiszesz maila do Jacksona Galaxy /najwyższa półka światowa/, albo chociaż podzwonisz do Doroty Sumińskiej, coś jednak trzeba robić tu i teraz domowym sposobem... piszesz coś o podręcznikowym odganianiu, ale pytanie brzmi, jak to robisz?... klaszczesz w dłonie z okrzykiem "psik!"... to nie działa...
    plan jest taki, że trzeba zakupić hurtem nieco strzykawek jednorazowych /min. 20 ccm/, napełnić wodą i porozkładać je przy wszystkich oknach, a także na ogrodzie, aby były wszędzie pod ręką/... na każdy widok agresora reagujesz i starasz się trafić... krzywdy mu tym nie zrobisz, ale miłe to dla niego nie będzie...
    ale to nie koniec... koty są cholernie inteligentne i bardziej kojarzą taką przykrość z osobą, niż z miejscem... dlatego trzeba się podeprzeć repelentem /to, o czym wspomniała Klarka/ i regularnie stosować dookoła posesji... stworzy się coś w rodzaju wirtualnej "klatki"...
    aha... podstawą jest tu regularność, konsekwencja, systematyczność... bez tego mowy nie ma o skuteczności... wiem, że to będzie upierdliwe, ale czegóż się nie robi dla swojego kota, członka rodziny?...
    pozdrawiać jzns i powodzenia! :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aha... oczywiście do czasu wygojenia się ran musisz monitorować Mozarta, gdy wychodzi na dwór, z bronią /wspomnianą strzykawką/ w ręku... niewypuszczanie kota wcale uważam za nieludzkie /niekocie/...

      Usuń
    2. suplement...
      koty mają swoją hierarchię... najwyżej są niesterylizowane kocury, najniżej sterylizowane kotki... ich teren zawsze jest najmniejszy i najczęściej zbierają manto... bardzo rzadko się trafia taka zawodniczka, jak kiedyś moja Gandzia, którą rządziła całą okolicą i stawiała na baczność nie tylko koty z sąsiedztwa, ale także psy...
      do czego zmierzam?... pytanie brzmi, jakie masz relacje z tamtymi sąsiadami?... warto by było z nimi dyplomatycznie pogadać, dowiedzieć się jak sprawy stoją w tym temacie...

      Usuń
    3. Ja się nie bawiłam z wodą, rzucałam ziemniakami, dotkliwe ale skuteczne.

      Usuń
    4. @Klarka...
      numer polega na tym, że jak wspomniałem wcześniej, kot tylko nauczy się unikać człowieka, który tymi ziemniakami rzuca...
      to jest dokładnie tak, jak w włażeniem na stół... wszystkie koty u mnie miały i mają zakaz, bardzo karnie go przestrzegają, ale tylko wtedy, gdy ktoś z domowników jest w pobliżu...
      ten mój patent ze strzykawką najlepiej działa wtedy, gdy snajper strzela z ukrycia i kot nie wie, co się dzieje... wtedy dopiero może skojarzyć z miejscem...
      widziałem kiedyś takie małe ustrojstwo z czujnikiem ruchu... kot podchodzi i nagle dostaje strzał sprężonego powietrza... to działa, na przykład gdy chcesz go nauczyć, by się trzymał z daleka od konkretnego miejsca... ale jakoś nie widzę sensu w zaminowaniu tak całego terenu... pomijając kwestię kosztów, to Mozart zgłupieje od tego...

      Usuń
    5. jesteś okrutny i zły, jak można zganiać kota ze stołu?:))

      Usuń
    6. jak?... np. ścierką... ale obecnie kot sam się już zgania, gdy ktoś wejdzie do kuchni...

      Usuń
    7. @PKanalia i @Klarka - rozumiem dobre zamiary i porady, chyba też bym próbowała radzić. Tyle, że samo przemyślenie tematu kosztowało mnie już dużo, napisanie o tym do Was, jeszcze więcej, a przeprowadzenie tego będzie najprawdopodobniej traumatyczne. Powiem tak: ogródek nie jest duży, jak posypię tym paskudztwem, to i Mozart nie będzie tutaj chciała przebywać. Pójdzie zresztą dalej i tak. Te rany odniosła gdzieś dalej, bo nie słyszeliśmy krzyków. Takie rzeczy najczęściej dzieją się gdzieś dalej. Jak kiedyś wróciła z zerwanym więzadłem krzyżowym, to też nie słychać było walki, tylko przyszła i zaczęła płakać w domu.
      Czyli znów wracam do poprzedniego wniosku: żaden behawiorysta nie nauczy kotki wychodzącej, żeby trzymała się w obrębie ogrodu. Założenie siatki na cały ogród czy nawet na jego część też przemyślałam i też nie wchodzi w grę ze względów technicznych. Nie da się jej tak założyć, żeby kotka nie mogła uciec przez któreś drzwi. Albo sami byśmy musieli cały dom taką siatką otoczyć, a to już uderza w absurd.
      Krótko mówiąc: wierzę i widzę, że już się na tyle uspokoiła, że życie w mieszkaniu nie będzie dla niej jakąś traumą. Szczególnie jeśli miałabym balkon z siatką, na który będzie mogła sobie wyjść i popatrzeć.
      Poza tym przyznam się Wam, że latanie po ogrodzie za cudzymi kotami, czy strzelanie z ukrycia (nie mam ukrycia, okna są otwarte na całej długości ściany) to wyczerpująca i właściwie nic nie gwarantująca zabawa na cały etat. A kiedy mam pracować? Wychodzić jeszcze z chorym psem, którego wnoszę i wynoszę z samochodu i wycieram po każdej kupie, bo już tak trzeba...
      Nie podołam, a jak nie podołam, to nie będzie miał dalej kto na te zwierzaki nawet zarobić i się nimi zająć też za chwilę nie będzie kogo.
      Nie mówiąc już o chorobie mojego, z której teraz też nie wiadomo, co się rozwinie...
      Nasza też nie chodzi po stole, jak czasem włazi, to wie od razu, że nie wolno i złazi jak tylko jedno z nas się pojawia i spojrzy z wyrzutem oraz powie słowo.

      Usuń
    8. @PKanalia - relacje z sąsiadami są dobre, już im raz nawet mówiłam, że ich kot prawdopodobnie goni Mozarta. Ale co oni w sumie mogą zrobić. Pójść za nim i za każdym razem mówić: "nie wolno!"???

      Usuń
    9. @Iw...
      okay, tyle mogłem podpowiedzieć, co wiem o całości sytuacji, a wiem w końcu bardzo niewiele...
      wyjaśnię tylko, że w tej dodatkowej wzmiance o sąsiadach nie chodziło o to, by na nich wpłynąć w temacie pilnowania własnego kota, bo akurat wiem, że nie ma to sensu... chodziło mi tylko i wyłącznie o kwestie związane ze sterylizacją, stąd ten wykład o hierarchii... później zresztą sam wspomniałem o pewnej swojej kotce, w której przypadku nie miało to zbytniego znaczenia...
      po prostu chcąc Ci pomóc myślałem o każdej, nawet drobnej dodatkowej szansie...

      Usuń
  9. Pierwszy raz tu komentuje, choć czytam Cię od dawna. To czy to dom czy mieszkanie, nie ma żadnego znaczenia. Kot może nie wychodzić. Do lata jest jeszcze trochę czasu i jeśli zależy Wam na jej bezpieczeństwie, to dacie radę nie rozwalać drzwi na oścież. Nigdy nie wiecie, na jaki dom trafi kot u kogoś, czy nie będzie zwiewal czy ten ktoś jej upilnuje, czy tam też nie będzie kocich potworów czyhających na jej bezpieczeństwo. Skoro Mozart sama w pewnym sensie przestała garnac się na dwór, to może trzeba spróbować. Oddanie kota nie jest rozwiązaniem, a tylko zdjęciem sobie kłopotu z oczu. Bo nigdy nie masz pewności, co ją czeka w nowym miejscu.
    Paulina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety Paulino nie jest to takie proste z niewychodzeniem kota z domu. W lecie tu jest bardzo gorąco, mamy taras, na którym będziemy siedzieli. Jedyne wyjście na ten taras to drzwi tarasowe. W tej sytuacji trzeba by zamknąć Mozarta w pokoju gościnnym na górze domu i przez większość czasu nikt by z nią nie spędzał czasu, tylko by tak siedziała zamknięta, a my na dole próbowalibyśmy prowadzić normalne życie. Na górze bez wietrzenia przez okno dachowe latem robi się temperatura ok 30 stopni. Po otwarciu wyjdzie na dach, innego okna w tym pokoju nie ma. Więc jak to widzisz? Kot więzień w pokoju w temperaturze do 30 stopni to mniej humanitarne rozwiązanie niż poszukanie mu kogoś z mieszkaniem, kto się nim z miłością zajmie?
      Wychodzenie kota w przypadku domu jest normalne i nigdzie nie widziałam innej opcji, czyli domu z kotami zamkniętymi, chyba że były to dzikie hodowle tzw. kotów rasowych, z bardzo nieszczęśliwymi kotami.
      I myślę, że powie Ci to każdy, kto w domu mieszka lub mieszkał. Nie da się upilnować kota, bo każdy kot jest wszędzie, wie to każdy, kto z kotem żył. Jeśli zdecydowałam się ją oddać do kochającego dobrego domu, to z całą pewnością zweryfikuję to najlepiej, jak to możliwe, wszystkiego nie przewidzę, ale na ludziach trochę się znam. Zrobiłam, co mogłam i nadal robię. I chcę, żeby żyła i to żyła bezpiecznie.

      Usuń
  10. Oj... Chciałam napisać, że może koty z czasem się "dodrapią" i nauczą funkcjonować razem, ale po tym, co zobaczyłam - wątpię. Tamtym kotom nie ma co się dziwić - Mozart weszła na ich teren, więc pokazują jej, kto na nim rządzi. Szkoda tylko, że tak boleśnie. No i też uważam, że warto spróbować nauczyć ją bycia kotem domowym, a nie wychodzącym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tak będę czekać, to ją wreszcie zabiją. Niestety Mozart nie ma szans i muszę publicznie przyznać się do kapitulacji. Nie widzę innego mądrego wyjścia.
      Też uważam, że może być kotem domowym, teraz już tak.
      Uściski

      Usuń
  11. Kicia piękna - nasza też zawsze coś "narozrabia" I nie raz była w tarapatach i kilka razy już była szyta cerowana i reperowana ale nie oddała bym jej za żadne skarby - kot musi żyć po kociemu. A pies w ogródku nie byłby pomocny ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ten Piesio, bardzo zacny skądinąd, już jest na emeryturze i raczej nie da rady... do rozważenia jest za to nowy, jeszcze jeden, ale to jest jedna wielka niewiadoma... problem może zostać rozwiązany, nie wykluczone jest jednak pojawienie się nowych...

      Usuń
    2. @PKanalia dzięki Piotr za to wyjaśnienie, mnie już trudno dalej wyjaśniać, zresztą co to da.

      Usuń
    3. słusznie - wyjaśnienia nic nie dają - wybacz ale poczułam się jak nierozumne stworzenie-dzięki

      Usuń
    4. Jaga A - sorry, przerasta mnie i sytuacja i próby porad o których sama napisałam w tekście, że są niewykonalne.
      Chyba w ogóle to nie był dobry pomysł, żeby pisać tak osobisty tekst, bo nie umiem reagować w sposób wyważony na komentarz, który zamieściłaś na pewno w dobrej wierze.
      Przepraszam, nie chciałam Cię urazić.

      Usuń
    5. Wiem z własnego doświadczenia że jest trudne właśnie dla ludzi którzy zwierzęta kochają i podchodzą do nich bardzo emocjonalnie. Może faktycznie masz rację i jeśli nie chcesz żadnych rad i porad które bardziej Cię drażnią niż pomagają to post jest zbyt osobisty. Wiem, że nie chciałaś mnie urazić ale przez chwilę , po prostu, głupio się poczułam :)

      Usuń
  12. Co za przeżycia, bidulka :(
    Patowa sytuacja... Nawet gdybyście próbowali ją utrzymać w domu, ona będzie cierpieć, może popaść w depresję. Zna już podwórkowe życie.
    Powodzenia, Iwonko i dużo sił!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc sił mi brak, żyję z dnia na dzień i nie bardzo jestem w stanie podjąć jakiekolwiek kroki, z wyjątkiem zaspokajania bieżących potrzeb...
      Nie wiem, jak to wszystko wokół unieść i poukładać.

      Usuń
  13. Mroczny kot Salieri ;)
    A u Mozarta lubim te hipsterskie fryzury z podgoleniem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym umieć się z tego pośmiać, ale kochana nie jest mi do śmiechu niestety...

      Usuń
  14. Iw, bardzo smutny przypadek.
    A moze masz miejsce w ogrodzie na zrobienie takiego ogrodzonego (rowniez z daszkiem, troche jak wielka klatka z siatki) wybiegu dla kici? Na wybiegu mozna wykorzystac istniejace drzewo lub cos z pnia aby mogla pazurki wyostrzyc, wspiac sie na pozycje obserwacyjna a sama bylaby nieosiagalna przez zbojcow i obroncow wlasnego rewiru. Moja znajoma ma cos takiego dla dwoch kotow, z poleczkami i kladkami do biegania, trawka, krzaczki, galezie drzewa. Ona ma jedna bardzo delikatna i droga kotke - bala sie o nia ale i obawiala sie kradziezy a kicie byly wychodzace. Wybieg sie sprawdza. Wymysl cos podobnego moze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie mi uwierzysz, jeśli Ci powiem, że już przed napisaniem tego posta rozważaliśmy dziesiątki możliwości, w tym i wybudowanie dla niej takiego wybiegu. To by było jednak tylko rozwiązanie pośrednie. Jak napisałam ona dobrze zna tutaj już wszystkie drogi ucieczki i nigdy nie byłoby 100% pewności, że nie wymknie się gdzieś pomiędzy przejściem do klatki a domem.
      Aha, jedyna metoda, ale raczej niewykonalna polegałaby na otoczeniu siatką domu w całości... Niestety ani nas na to nie stać, ani nie chcemy zamykać się w całości w klatce. Tym bardziej, że wychodząc z niej ktoś i tak prędzej czy później otworzy drzwi a wtedy ...
      Sama rozumiesz.
      Taki wybieg, jaki ma Twoja znajoma, wymagałby również przebudowy domu. To jednak wykracza poza nasze obecne możliwości. Tym bardziej, że nie jesteśmy pewni, że będziemy w tym domu mieszkać na zawsze.

      Usuń
  15. Smutne wieści od Ciebie. Kocie życie w niebezpieczeństwie. Współczuje i wierzę, że znajdziesz rozwiązanie. A może ona wygra te wojnę i dadzą jej spokój, tak to jest na nowym terenie, jak z ludźmi. Ucałowania nieustające

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wojna za ciężka dla tej małej kici, niestety byłaby skazana na coraz dotkliwsze baty, aż by ją mogły te bydlaki zamordować. Nie widzę innego wyjścia od tego, które opisałam. Smutno mi jak cholera i w dodatku nie widzę na razie żadnego odzewu na moje ogłoszenie...

      Usuń
  16. Współczuję i kociego zdrowia życzę. Po tytule sądziłem że idzie o Antonio Salieriego. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, jak widać historia się powtarza, ten czarny mógłby z powodzeniem nosić imię Salieri!

      Usuń
  17. Kochana, aż mnie ścisnęło jak przeczytałam historię Mozarta. Nie wiem czy umiałabym rozstać się ze swoim kotem. Rozumiem Twoje powody. Nasza kicia jest adoptowana właśnie w taki sposób. I choć poprzedniej właścicielce pękało serce, chciała dla niej jak najlepiej... To takie trudne decyzje, nieprzewidywalne sytuacje... Czy rzeczywiście nie ma innego sposobu? Och, jakie to smutne ;(

    OdpowiedzUsuń