sobota, 21 kwietnia 2018

Wiosenna przeprowadzka

Za dużo się ostatnio u mnie dzieje, żeby to tak wszystko z kronikarską dokładnością opisać. Frau Be mi świadkiem, bo to do niej ostatnio trafiłam mailowo z moimi troskami i przelewającymi się problemami.
Po czym po latach wzajemnego komentowania znalazłam u Niej życzliwe ucho, wrażliwą duszę i niezmierzone pokłady poczucia humoru podlane też oczywiście łyżką dziegciu, bo nie żyjemy na rajskiej wyspie. Summa summarum jak najbardziej zamierzam pogłębiać naszą znajomość pozablogową.
Nasza korespondencja i rozmowy były na tyle zajmujące, że przyznam szczerze nie czułam nawet potrzeby dzielenia się na bieżąco niedokończonymi sprawami na blogu.
Ale przecież mam i wobec moich Czytelników zobowiązania (no dobra, nie mówcie, że z radością sprawdzaliście bloga, widząc, że nie ma nowego wpisu, czyli nie będziecie się znów musieli przedzierać przez długiego jak tasiemiec posta), toteż pierwszego nieco wolniejszego dnia postanowiłam napisać, aby podzielić się tą lepszą częścią moich ostatnich wydarzeń. Ta gorsza niech pozostanie zamknięta, bo właściwie już pozamykałam najgorsze sprawy i pogasiłam bieżące pożary.
Wczorajszy dzień był klamrą domykającą długie oczekiwanie na szczęśliwy finał w dwóch ważnych dla mnie sprawach.
Dziś napiszę o jednej z nich.
Żeby Was dłużej nie trzymać w napięciu zdradzę, że wreszcie wczoraj przeprowadziłam 90% rzeczy do mojego nowego mieszkania. 

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Speckenbütteler Park na rowerze

Jak rok temu, tak i tym razem na pierwszą dłuższą wycieczkę wybrałam się w minioną niedzielę do Speckenbütteler Park. Tym razem pojechałam sama i dzięki temu mogłam jeździć i zatrzymywać się oraz cykać fotki gdzie tylko chciałam i nikt mi nie marudził, że za wolno jadę czy za często się zatrzymuję. Ma to wiele zalet. :)
Zabrałam też ze sobą aparat fotograficzny, bo wiedziałam, że takiej okazji nie można przepuścić. I faktycznie, narobiłam dziś ponad 300 zdjęć. Ale nie obawiajcie się, nie wrzucę ich tu teraz wszystkich na raz. Pokażę Wam tylko parę miejsc i kilka dzisiejszych wypatrzonych co ciekawszych motywów.
Pierwszym na co dziś trafiłam po pokonaniu imponującej dla mnie trasy ok. 11 km do parku był wprawdzie mecz piłki nożnej, ale nie miałam tam wstępu ani dostępu, więc zdjęć z tego wydarzenia nie będzie. Dotarłam od strony ogrodu różanego, w którym obecnie panuje jeszcze sen zimowy. Minęłam go więc dość szybko i przejechałam do restauracji połączonej z wynajmem łodzi tzw. Bootshaus.
W sezonie, czyli już teraz, można tam wynajmować łodzie, żeby przepłynąć się po pięknym dużym stawie, będącym największą chyba atrakcją w tym parku. A oto kilka zdjęć tego obiektu.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Otwarcie sezonu, czyli nareszcie wiosna

Już w piątek niebo rozświetliło słońce, błękity rozszalały się po nieboskłonie, a ludzie zrzucili większość ubrań. Przyznam, że ja jeszcze nie byłam tak odważna, bo jestem zmarzluch i nadal obawiam się o te moje plecy. Wrzuciłam więc czapeczkę na głowę, podjechałam do portu, a tam na miejscu spotkaliśmy się z M. (kiedy ja pracowałam, on jeździł na swoim małym rowerze wcześniej przez większość dnia) i wybraliśmy się na dłuuuugi spacer po nadmorskim deptaku. W tle najpopularniejsza widokówka z Bremerhaven. Widzimy Hotel Atlantic, ten konkretny zwany Hotel Sail City Bremerhaven i Mediterraneo, to ta kopuła, pod nią kryje się zespół restauracji i sklepików z modnymi ciuchami.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Aktualności mieszkaniowe i kiciowe

Moi Mili,
bardzo chciałabym zacząć tego posta od tego, że coś w moim mieszkaniu już jest gotowe i zamknięte.
Że jest tam tak pięknie i doskonale, jak doskonałe są te świąteczne tulipany.
Niestety nie mogę. Bo nawet łazienka, która od dawna powinna być gotowa, nadal jest pozbawiona lustra i oświetlenia nad lustrem (są kupione, ale trzeba zamontować). Chodząc do niej za każdym razem czuję się nadal jeszcze jak nie u siebie.
Podczas ostatniego pobytu w Warszawie udało mi się natomiast wreszcie wymyślić i opracować do końca, skompletować oraz zamówić kuchnię.
Poczyniłam też niezbędne zakupy do jej wykończenia i wyposażenia. 

niedziela, 25 marca 2018

Wspaniały dzień i małe radości

Od około tygodnia wypełniam swoją własną misję, dla której teraz tu przyjechałam: kończę urządzać mieszkanie, które jednocześnie będzie moim biurem w Warszawie. Czas już wreszcie zakończyć miesiące pobytu w mieszkaniu przyjaciółki. Bo chociaż nie jest mi tu źle, to nie po to kupiłam własne, żeby kolejne miesiące płacić za oba i ciągle nie być u siebie.
Tym bardziej, że u mnie okolica jest cudowna.
Zobaczcie kilka widoczków z mojego lasu. Chodziłam tam już wcześniej ze Schwarzem, dojeżdżaliśmy samochodem.
Dziś odwiedzając mieszkanie skorzystałam z pięknej pogody i poszłam się wyspacerować.
A warto było, jak widać na załączonych obrazkach.

środa, 21 marca 2018

Podróże z kotem

To nie pierwszy i z pewnością nie ostatni raz, kiedy wybrałam się w długą podróż z Mozartem. Na szczęście ona od początku nieźle znosiła te podróże.
Większość czasu spędza w kontenerku na długiej drzemce. Zawsze ma tam wygodny gruby puchaty ręcznik, żeby jej było wygodnie.
Nie jada i nie pije nic podczas jazdy. Ale zawsze jest ubrana w uprząż, a ja mam ze sobą smycz, bo zdarza się, że wysiada i robi siusiu będąc na smyczy jak piesek. Tym razem nie chciała.
Nie umiałabym załatwić się w samochodzie w kuwecie, wiem, próbowałam, to odpada. Podobnie jak jedzenie i picie w podróży też dla niej nie istnieje, chociaż potrafi wyjeść mi piankę z kawy cappuccino z palca. No ale ja ostatnio już nie pijam kawy z mlekiem, a tylko dla kota nie będę kupować kawy za prawie 10 zł. Tym bardziej, że czasem liźnie raz i więcej nie ma ochoty.
Transporter przypinam pasami do przedniego siedzenia, dzięki temu Mozart może sobie dość wygodnie z niego wyglądać na świat, niebo i to, co widać powyżej przez okno albo przez szybę w dachu. Tym razem ją jednak zakręciłam, bo słońce było zbyt mocne i było i tak gorąco i sucho w samochodzie.

poniedziałek, 19 marca 2018

Mój futrzak w słoneczny dzień

Dziś bez specjalnej filozofii podzielę się z Wami paroma zdjęciami, na których puszy się i cieszy z życia moja Mozart.

czwartek, 15 marca 2018

Rok temu nie było mi do śmiechu

Ubiegły rok nie był dla nas dobry.
Na początku marca w szpitalu znalazł się Mikael, a ja zostałam sama z wyprowadzaniem Schwarza z prawie już bezwładnymi tylnymi nogami, z jego wnoszeniem i wystawianiem z samochodu. Niedługo potem w marcu musieliśmy mu pomóc odejść. Nie mogłam sobie z tym poradzić przez wiele miesięcy. Dziś już nie lecą mi łzy za każdym razem, kiedy pomyślę o moim Piesiu.
Kicia zaczęła wtedy też znów mieć problemy z ogonem pękniętym na całej długości. To było tuż po tym, jak w lutym ub. r. zaatakował ją tu jakiś zwierzak. Odchorowywała ten stres.
A w połowie marca trafiłam odwieziona karetką do szpitala w Bremerhaven ze strasznym bólem kręgosłupa, że nie mogłam samodzielnie ustać. Zresztą leżeć czy siedzieć też za bardzo nie mogłam. Bolało wszystko w każdej pozycji.
I tak oto po raz pierwszy zderzyłam się z niemieckim systemem opieki zdrowotnej.
Miałam ubezpieczenie międzynarodowe na bazie karty turystycznej EKUZ z Polski, a jednak ciągle czułam się niepewnie. Tym bardziej, że znajomy, pracujący w zarządzie finansowym pewnego szpitala w Polsce ostrzegał mnie, że mimo tego ubezpieczenia za niektóre usługi, typu rezonans magnetyczny (MRT) będę pewnie musiała pokryć różnicę w cenie tych usług między Polską a Niemcami. Bardzo mnie ta informacja zaniepokoiła, więc jeszcze kilka następnym miesięcy liczyłam się z tym, że dostanę do zapłaty słony rachunek za 4 dni pobytu w tym szpitalu. Teraz już chyba nie dostanę.
Od początku lutego jestem już ubezpieczona w Niemczech. A do jutra złożę ostatnie dokumenty, które pozwolą tutejszej kasie chorych na wystawienie dla mnie karty ubezpieczenia. Numer już mi przydzielono. O dziwo muszę im dostarczyć akt urodzenia mojego dziecka, bo to ma jakieś znaczenie przy wyliczaniu emerytury czy jakoś tak.
Na szczęście przed wyjazdem z Polski załatwiłam wszystkie akty urodzenia moje i córki oraz moje urodzenia i ślubu z wpisem o rozwodzie.
Te ważne dokumenty pobrałam w USC od razu w wersji międzynarodowej, żeby potem nie musieć tu szukać tłumacza przysięgłego na miejscu (mimo posiadanych uprawnień nie mogę dokumentów dla wszystkich instytucji tłumaczyć sobie sama).
Sam pobyt w szpitalu też był dla mnie traumatyczny i chcę zakończyć ten etap opisując go.
Tego dnia, czyli 14 marca 2017 w ciągu dnia czułam się już nienajlepiej. Z drugiej strony w przeddzień wrócił do domu po pobycie w swoim szpitalu i po operacji Mikael. W sumie w ub. roku w ciągu kilku miesięcy przeszedł dwa badania i dwa zabiegi w pełnej narkozie. Wtedy był po pierwszym zabiegu i od dosłownie kilku godzin w domu.
A mnie od rana strasznie bolały plecy, poprosiłam więc M., żeby mi pomógł dostać się gdzieś do lekarza. Dotarliśmy do ortopedy i dostałam zastrzyk. Pomógł mi na dwie godziny.
Poszliśmy w tym czasie nawet do restauracji chińskiej coś zjeść. W porze lunchu oferują tam niezły bufet w dobrej cenie. I nie dodają konserwantów do jedzenia.
Po wyjściu z restauracji jeszcze jakoś się trzymałam.
W domu ból dopadł mnie mocniej.
Mikael krążył po lekarzach, żeby załatwić sobie dalsze zwolnienie lekarskie i dalszą opiekę po tym szpitalu.
A ja zostałam w domu sama. W pewnym momencie ból był tak silny, że nie czekając na jego powrót (a miał być za pół godziny) zadzwoniłam po karetkę, żeby mnie natychmiast odwiozła do szpitala.
Karetka przyjechała faktycznie bardzo szybko, byli max po 15 minutach. Nie byłam w żaden sposób przygotowana do tego pobytu w szpitalu, miałam tylko torbę z dokumentami i tą kartą ubezpieczeniową, o którą pytali mnie wszyscy po kolei. Dobrze, że zawsze starałam się ją mieć podczas pobytów za granicą. Trafiłam z poczekalni do pokoju zabiegowego.

wtorek, 13 marca 2018

Jaki czytnik do książek?

Witajcie Moi Drodzy,
Ten post będzie krótki, bo potrzebuję porady i wolę poradzić się tutaj, niż szukać odpowiedzi gdzieś w ciemno.
Na pewno niektórzy z Was mają doświadczenia z czytnikami książek. Ja też wreszcie dojrzałam do uzupełnienia czytania książek papierowych tymi w formie elektronicznej.
Nie mam jednak akurat nikogo znajomego, kto mógłby poradzić mi, jaki model czytnika warto kupić.
Uwaga, czy są tu jacyś zwolennicy Kindle?
Bo sądzę, że raczej na tę wiodącą markę padnie mój wybór. Trochę o niej słyszałam, ale nigdy nie zagłębiałam się w szczegóły. Aż do dzisiaj.
To może zacznę od FAQ: czyli Najczęściej Zadawanych Pytań.
Chciałabym wiedzieć, na co mam zwracać uwagę i czym się kierować przy zakupie czytnika.
I czy to w ogóle ma sens? 
Czy on jest lżejszy od typowe książki, a może cięższy, jak leży w ręku?
Oczy męczą się szybciej, czy można poczytać dłużej?
Czy po prostu kupić najnowszy model, bo będzie miał najwięcej zalet i posłuży mi przez kolejnych kilka lat?
Czy wytrzyma faktycznie te 1000 godzin pracy?
Jak często ładujecie swoje czytniki?
Czy był wśród nich model, który zupełnie się nie sprawdził?
Nie lubię kupować tak drogich urządzeń tylko na chwilę. Wkurza mnie to, że nawet laptopy teraz wytrzymują na odpowiedniej prędkości zaledwie max. 2 lata, a potem już trzeba czekać, aż się komputer zastanowi.
Czy takie problemy też się spotyka na czytnikach?
Czy się zawieszają?
I czy na czytnikach można też subskrybować jakieś portale, gazety itp.
Czy można czytać w wersji offline, bo czasem przecież nie mamy dostępu do sieci?
A jeśli się nie znacie, to może polecicie mi, gdzie mam doczytać i się o to wszystko dowiedzieć.
Chociaż nie jest to artykuł sponsorowany, wyjątkowo tutaj można zamieszczać linki do stron z reklamą i do sklepów z urządzeniami.
Z góry Wam dziękuję za podpowiedzi.

* screen shot z tej strony

niedziela, 4 marca 2018

Im mniej na blogu, tym więcej w życiu, czyli nadal w remoncie

Im mniej dzieje się na moim blogu, tym więcej w życiu. Ta prosta zależność jest znana chyba większości blogerów i osób udzielających się jakoś w mediach społecznościowych. I nie ma w tym raczej nic nadzwyczajnego. 
Jeśli ktoś zajmuje się intensywnie swoim życiem realnym, czy to zawodowym, czy to prywatnym, z reguły całą swoją energię poświęca na te sprawy, bloga traktując jako miejsce odprężenia po trudach dnia codziennego. Tak też mam i ja.
Bardzo słoneczny 1 marca 2018 r. w Bremerhaven.
Tego dnia załatwiam sprawy przepisania telefonu z mojego partnera na mnie, numer już znają klienci, za jakiś czas trzeba przejść na abonament.
Chyba nikomu z moich inteligentnych czytelników nie trzeba tłumaczyć, że początki nowej pracy to czas bardzo intensywny. Wszystkie zadania organizacyjne, nawiązanie współpracy z księgową, biuro, urzędy, usługi telekomunikacyjne itd. To wszystko jest w trakcie a ja z tym wszystkim samodzielnie na froncie.
Dodatkowo mam jednocześnie mnóstwo zleceń do skończenia. Głównie są do tłumaczenia różnych dokumentów do tej nowej pracy, ale trafiają się też dokumenty dla innego stałego klienta, co zabiera mi cały czas wolny. Pracuję nawet w weekend - ten i następny raczej też.
Dodatkowo dochodzą obowiązki związane z wykańczaniem mojej bazy w Warszawie.