piątek, 22 września 2017

Niemoc twórcza i nadmiar decyzji

Nadszedł ten moment, którego się nie spodziewałam.
Przestało mi się chcieć.
Remontować, odnawiać, wyszukiwać nową podłogę, kafelki, urządzenia sanitarne i sprzęt AGD.
To co kiedyś stanowiło w dużej mierze o moich radościach i sprawiało, że chętnie wymyślałam co i rusz to inne fajne rzeczy do domu, przestało mnie cieszyć.
Po marketach snuję się wolnym krokiem, niewiele mi się podoba, albo w ogóle nie mam wizji, co, gdzie, z czym i dlaczego.
Jedna z łazienek w Leroy Merlin
Naprawdę chciałam znaleźć się w urządzonym już mieszkaniu, które mi się spodoba i nie musieć już niczego szukać i wybierać. Ale życie ponownie pokazało mi, że nie mam wyjścia, że muszę. Bo w tych mieszkaniach, które oglądałam i tak stan zastany mnie nie interesował. Odnawianie też oznaczałoby koszty. Z kolei tam, gdzie było zaledwie ładnie, ludzie liczyli sobie za to bardzo dużo. A ceny mieszkań urządzonych z widocznym talentem odbierały mi dech!

niedziela, 17 września 2017

Kupiłam mieszkanie, a w nim był On ...

Śnił mi się mój Piesio. 
Po raz kolejny, jak to bywa w moich snach, kupiłam mieszkanie, tym razem jakieś postindustrialne. Poprzednio często kupowałam olbrzymie domy i do końca snu często nie udawało mi się ich do końca zwiedzić czy zagospodarować. Pamiętam te wszystkie domu :). Może w innym życiu jeszcze kiedyś zostanę architektem.
I w tym postindustrialnym mieszkaniu było takie przejście z zewnątrz do środka, pomieszczenie wyłożone kafelkami, ale takie wygodne, jakby coś w rodzaju wielkiej kanapy. I tam wszedł jakiś wielki kot.
A zaraz za nim przyszedł mój piesio. Położył się. I wtulił. I do dziwnego, za chwilę dołączyły do niego inne koty. Otuliły go swoim ciepłem. Wszystkie takie wielkie dzikie żbiki lub podobne.
Widziałam, że jest mu dobrze w towarzystwie tych wielkich ciepłych futer.
Widziałam jego szczęśliwe oczy.
W tym śnie nie wiedziałam, że go już tu ze mną nie ma. Byłam szczęśliwa, że mu dobrze, mogłam spokojnie wyjść, a on leżał tam szczęśliwy z tymi wielkimi kotami.
Schwarz
To było jedno z jego ostatnich zdjęć z lutego 2017.
Już nie bardzo mógł się wtedy swobodnie poruszać, na podusię trafić jak widać też było ciężko.
Ale chciał koniecznie towarzyszyć Mikaelowi w sprzątaniu ogrodu.

piątek, 15 września 2017

Kruszyniany - kolebka wielu kultur

Od Białowieży dzieli tę wioskę prawie 100 km. Pewnie nie zgadniecie, gdzie tego dnia zawiodły nas nasze koła, więc napiszę od razu. Naszym kolejnym celem wyprawy na wschodnich rubieżach są Kruszyniany, a szczególnie zapamiętana przeze mnie sprzed ok. 15 lat wioska tatarska i tutejszy meczet.
Na początek pokażę Wam najbardziej znany zabytek z Kruszynian, czyli tutejszy drewniany meczet. Budowla pochodzi z osiemnastego wieku. Malutki w środku, przedstawia jednak wielką wartość kulturalną i zabytkową.
W Kruszynianach żyją obok siebie muzułmanie, katolicy i prawosławni. Tatarzy już od 300 lat zamieszkują Podlasie.
Po tutejszym meczecie oprowadza tak jak wcześniej, tak i teraz przewodnik Dżemil Gembicki.

Najstarszy w Polsce muzułmański meczet drewniany z XVIII w.
Po kliknięciu w obrazek - powiększy się.
Pamiętam trochę z ówczesnych opowiadań, że obecnie w Kruszynianach żyją jeszcze 4 rodziny Tatarów. Wcześniej społeczność liczyła 300 osób, ale wiele opuściło wioskę za pracą. Ale nawet ci Tatarzy, którzy mieszkają w mieście, są nadal członkami gminy i uczestniczą w modlitwach w meczecie.

czwartek, 14 września 2017

O tym jak królowa wszystkich ciastek spadła z piedestału

Czasem przeciwnik jest wytrwały i podstępny. Wchodzi nam do głowy trzecim okiem i innymi zmysłami, których na co dzień nie doceniamy. Paruje do umysłu, sprawiając, że zasypiamy z wizją naszych pragnień i pokus. Nie możemy ich od siebie odgonić, chociaż wiemy, że nas gubią i są dla nas niczym innym jak tylko niezdrowym niszczącym nałogiem. 
Czasem przezwyciężam takie długotrwałe męki metodą: KLIN KLINEM.
​Za każdym razem, kiedy bywałam w mojej pięknej piekarni, patrzyłam na nią tęsknie i z rosnącym pożądaniem. Od miesięcy, jak tylko byłam w Polsce, marzyło mi się, że kiedyś wreszcie ją dopadnę i pochłonę bez poczucia grzechu. :) 

poniedziałek, 11 września 2017

Nocny marek a raczej nocna iw w akcji

Siedzę w domu. Za oknem słyszę padający intensywnie deszcz. Dudni po dachu, aż miło.
Aż człowiek jeszcze intensywniej odczuwa swoje istnienie i swój dach nad głową, za który jestem tak wdzięczna, że aż chwilami boli.
Zrobię sobie jeszcze jedną herbatę i pójdę do łóżka, przeczytać jeszcze kilka stron.
Niedawno przyjechałam dość późno od mamy, gdzie zrobiłam dwa prania. Dojechałam tuż przed północą i wywiesiłam szmaty na suszarce. 
Zebrałam wysuszone. 

niedziela, 10 września 2017

Żarty się skończyły, przede mną znów urządzanie

Jeszcze pół roku temu wizja kolejnej dużej zmiany w moim życiu powodowała, że chciało mi się uciekać jak najdalej i to z krzykiem. Ale kiedy przyszedł czas wielotygodniowego waletowania u przyjaciół, po jakimś czasie dotarło do mnie, że to dla mnie najlepsze rozwiązanie.

Rozważania przed zakupem
Czyli że będę w moim rodzinnym mieście pomieszkiwać częściej, niż mi się wydaje. Bo a to praca (na razie tu mimo wszystko ciągle jeszcze mam więcej lepszych zleceń), a to jakieś sprawy urzędowe do załatwienia (też na razie w Polsce prowadzę działalność, czyli firmę).
Albo zwykła przecież chęć spotkania się z mamą czy z córką. 

sobota, 9 września 2017

Święta Góra Grabarka - najważniejsze miejsce polskiego Prawosławia

Święta Góra Grabarka jest dla wiernych prawosławnych tym samym, czym Częstochowa dla katolików. Miejscem kultu i pielgrzymek osób wyznania prawosławnego z całej Polski i okolic. Bo tuż za granicami znajduje się Białoruś, również z przewagą ludności wyznania prawosławnego.
Na świętej Górze Grabarce znajduje się Monaster Świętych Marty i Marii. Poniżej główna i najbardziej znana Cerkiew monasterska.
Ale na ten widok najpierw trzeba sobie zapracować, czyli najpierw wspiąć się po tych wysokich schodach.
Na szczycie główna cerkiew, czyli Cerkiew Przemienienia Pańskiego.

piątek, 8 września 2017

Podlasie, czyli w krainie cerkwi

Mimo wyjazdowych i zdrowotnych perturbacji od drugiego dnia starałyśmy się z mamą spędzić mimo wszystko w miarę udany urlop. W końcu nikomu nic nie zrobiłyśmy, żeby się umartwiać.
Mama od lat, a co najmniej od śmierci taty nie była nigdzie na urlopie. Samej jakoś jej się nie chciało, a i we dwie miałyśmy zbyt różne charaktery i potrzeby, żeby udało nam się to połączyć. Ale im jesteśmy starsze, tym większą dostrzegam potrzebę wyrwania jej raz na jakiś czas z codzienności i zabrania w miejsce, które wiem dobrze, będzie jej się podobało i gdzie będzie się dobrze czuła. Myślę, że od teraz będziemy to robić regularnie. Mama jest człowiekiem lasu, uwielbia zbierać grzyby. Poza tym bardzo ceni i lubi zwiedzać i oglądać pomniki sakralne. 
Wiedziałam więc, że przygotowany przeze mnie plan zwiedzania okolicy będzie dla niej ciekawy.
Już jadąc w kierunku Białowieży od ok. 150 km od miejsca przeznaczenia zauważyłam królujące niemal w każdej nawet mniejszej miejscowości cerkwie.
Ze złotymi, niebieskimi, zielonymi kopułami stanowią pewny znak, że znajdujesz się na Podlasiu, gdzie większość wierzących to prawosławni. Nie sposób ich nie zauważyć, a dla mnie stanowią niby bramy innego świata, który pragnęłam dotknąć, obejrzeć, poczuć.
Drugiego dnia deszcz trochę zelżał. Pierwszym celem na naszej tracie została więc Hajnówka. Postanowiłam obejrzeć własnym okiem i zatrzymać w migawce aparatu miejscową piękną, prawie nową tutejszą cerkiew. Do roku 1995 r. w Hajnówce była tylko jedna cerkiew, której zresztą nie odwiedzałyśmy, Sobór Św. Trójcy.
Cerkiew pod wezwaniem [p.w.] Św. Jana Chrzciciela uwieczniona przeze mnie na zdjęciach poniżej została wzniesiona w latach 1995 - 2007. 

wtorek, 5 września 2017

Przerwane łatane wakacje

Nie będę zwalać na pecha. Nie podejmę żadnej próby wytłumaczenia czy zrozumienia tego. Po prostu opowiem.
Kilka dni w Warszawie, które spędziliśmy oddzielnie: ja na zleceniu, mój sam z kotkiem.
A potem miały nastać upragnione przez cały rok wakacje.
Te wymarzone. W pięknym hotelu, tuż obok Puszczy Białowieskiej. Tak tej Puszczy. Chciałam mu pokazać to miejsce, zanim zniknie z powierzchni. Bo kto wie.
No mija kilka dni a Mój M. z każdym dniem czuje się coraz gorzej. Dzień przed wyjazdem miał wizytę u dentysty, który rozpoczął mi leczenie zębów.
Kiedy po tygodniu ból rośnie, zamiast łagodnieć, Mikael już obawia się jechać ze mną na te wakacje.
Ale idziemy w przeddzień do mojego dentysty, który oczyszcza mu ząb z płonącego bólu i daje tabletki szczęścia, a raczej szczęścia w nieszczęściu.
Na kilka godzin ingerencja pomaga.
Wyjeżdżamy na wakacje w sobotę.
Mimo złowrogiej pogody docieramy dość późno na miejsce, czyli do Białowieży szczęśliwi, że wreszcie mamy czas tylko dla siebie. 
Przesypiamy noc, wreszcie całą, bo kicia obok nas tej nocy śpi z moją mamą, i nie zaczyna aktywności życiowej tuż obok nas o 3:30, 4:30 czy o 5:00 rano.
Kiedy jednak M. otwiera rano oczy, mówi, że ból mimo brania silnych tabletek nie ustępuje, tylko się nasila. I że musi wracać. Do Niemiec. 
Mówię: rozumiem. Ale ja padam. Potrzebuję tych kilku dni na resecie jak powietrza, bo po tylu kolejnych miesiącach w młynie już nie umiem spokojnie żyć i cieszyć się życiem. Po prostu dotarłam do krańca swoich możliwości. Ustalamy, że wrócę tutaj sama, a on wróci do Niemiec, biorąc Kicię, bo ona też już wariuje w mieszkaniu. Wsiadamy i jedziemy ...

sobota, 2 września 2017

Z kotem w długą podróż

Przejazd dłuższej trasy ze zwierzakiem musi być zawsze dobrze przygotowany. Tym razem było to znów 1000 km na trasie Bremerhaven - Warszawa. Mimo to zawsze zdarzają się rzeczy, na które zupełnie nie jesteśmy przygotowani. Jak choćby to, że kot woli w trakcie postoju usiąść bezpiecznie człowiekowi na plecach, niż pochodzić sobie przywiązany na bardzo długiej smyczy wokół drzewa. Wobec tego nasz postój wyglądał tak, że ja próbuję jeść, a kicia siedzi sobie wygodnie.


piątek, 25 sierpnia 2017

Niedochodowy projekt, czyli mail od Kathy

Lubię takie dni jak dzisiaj. Które płyną trochę bardziej leniwie, niż zwykle.
Kiedy mam poczucie głębokiej więzi z jakąś wyższą siłą. Wpływa na to z całą pewnością piękna, słoneczna pogoda końca lata i zadowolenie z dobrze wykonanych ostatnio obowiązków.
Oraz to, że już za chwileczkę wybieramy się na urlop.
Wszechświat zdaje się wsłuchał się w moje wnętrze, bo oto dziś w mojej skrzynce pojawił się mail o takiej treści:

Od: kathy19091[at]gmail.com
Temat: Szukam twojej zgody
Witam, 
jestem Kathrine Beyer, natknęłam się na Twój e-mail i zostałem poruszony przez ducha, aby się z Tobą skontaktować. Zostałeś powołany i wybrany, aby służyć ludzkości i przez wszystkie moje lata na tej ziemi, nie mam wątpliwości, że nawet jeśli sprawy duchowe są poza ludzkim zrozumieniem, to nie powinno się żartować. Ujawniono mi, że masz cechy konieczne do uruchomienia tego proponowanego niedochodowego projektu, który będzie koncentrował się przede wszystkim na opiece nad matką i dzieckiem. Ten projekt będzie w pełni finansowany przez moje oszczędności życia i mojego zmarłego męża Davida Beyer. Proszę się upewnić, że się ze mną skontaktujesz, jeśli jesteś zainteresowany oddaniem temu pokoleniu poprzez swoją bezinteresowną służbę. Pamiętaj, że praca miłosna nie będzie żyła, gdy kierowałem moim bankiem, które powinno się zaakceptować, aby zarządzać tą organizacją, 10% wszystkich aktywów (stałych i bieżących) zostanie Ci przydzielonych, chociaż warunki są stosowane. Jeśli jesteś zainteresowany, skontaktuj się ze mną, aby móc powiedzieć więcej o sobie i o tym wszystkim, co musisz wiedzieć o tym projekcie. Pozostaj

pobłogosławieni miłością.

Z poważaniem,
Pani Kathrine Beyer

Jego Autorka to z pewnością osoba niezwykle uduchowiona, co da się poznać już od pierwszych zdań.
Myślę, że powinnam Jej odpisać jak najszybciej, bo przecież nie można pozostawić tak niezwykłej i szczodrej osoby samotnie z takim problemem, jak rządzenie organizacją i samotnym wykonywaniem bezinteresownej służby.
Ale nie mam za bardzo pomysłu, co byście odpisali tej wspaniałej Pani?

I nie zapomnijcie, pozostańcie
pobłogosławieni miłością.
Wasza iw

wtorek, 22 sierpnia 2017

Epilog Cat-Action-Thriller-Story, czyli co dalej z Rysiem?

EPILOG
Zanim przeczytacie list, który przysłałam mi Pani Agnieszka i który jest EPILOGIEM tej historii, przypomnę Wam jeszcze raz Ryśka:





I moje ulubione zdjęcie:

To właśnie jest powód, dla którego nadal piszę tę historię.
Najlepiej będzie, jeśli oddam głos Pani Agnieszce:
"Dzień dobry wszystkim Czytelnikom bloga Pani Iwony!
Co za wspaniała historia- tak ładnie ujęta lekkim piórem Autorki! Sama czytałam ją z zapartym tchem :)
Przygotowałam kilka słów też od siebie w sprawie Ryśka, tym razem moimi oczami, mam nadzieję, rozwiewające różne wątpliwości:) 

niedziela, 20 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 3

zawieszeniu decyzyjnym co do zamiany kotów spędziliśmy około tygodnia, a może dłużej. To były dni, kiedy na pytanie o to, jak sobie to wszystko dalej wyobrażam umiałam odpowiedzieć tylko jednym: nie jestem teraz gotowa na rozmowę na ten temat. Nie dziś. Porozmawiajmy o tym później: jutro, pojutrze albo jeszcze później.
A na pytania: a co będzie, jeśli ... - też miałam tylko jedną odpowiedź: dziś nie rozwiążemy wszystkich problemów. Czasem trzeba od nich na chwilę odpocząć.
Nic dziwnego, że nie miałam siły na takie pytania, za dużo działo się w innych poważnych dziedzinach i mój mózg nie wyrabiał i bronił się przed podejmowaniem kolejnych ważnych decyzji. Musiałam to przeczekać.

sobota, 19 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 2, Bandito

Pani Agnieszka ma u siebie trzy koty, w tym dwie bardzo spokojne i grzeczne koteczki. Koteczki są łagodne, żyją w symbiozie ze sobą i z resztą świata, okoliczne koty zapraszają na na swoją werandkę na zwyczajowy five o clock, podczas którego dzielą się nawet własnymi chrupkami. Ale jest i On. Rysiek, który po akcji kastracja, w której Pani Agnieszka pomogła dwóm takim ulicznikom, w tym jemu, zrezygnował z bezdomności i wybrał życie w Jej domu. 
I tu się zaczęły problemy.
Rysiek bowiem do spokojnego domu Pani Agnieszki wprowadza swoje dobrze znane zwyczaje z ulicy, broni dalej swojego rewiru, terroryzując przy tym jej obie grzeczne koteczki.
W Jej domu skończył się spokój, a zapanowały zasady niczym z Ojca Chrzestnego, przy czym rolę Dona Corleone odtwarza Rysiek. Skończyły się herbatki five o clock z okolicznymi kotkami, zaczęły się rządy twardej ręki, a raczej ostrych pazurów i bandyckich szczęk.
Rysiek vel Bandito, bo takie imię zyskał ode mnie czuje się strasznie mocny u siebie na dzielni, a pani Agnieszka powoli zaczyna mieć dość. Niestety żadne metody oprócz fizycznego rozdzielania kotów nie zdają egzaminu. Grzeczne Kotki Pani Agnieszki mają tylko jeden wybór: schodzić Ryśkowi z drogi, inaczej za każde "przewinienie" spotyka je vendetta.
Pani Agnieszka jest osobą o dobrym i mądrym sercu. Pomogła Ryśkowi i przyjęła go pod swój dach, nie wyobraża więc sobie - mimo jego bandyckich zachowań i wojowniczego charakteru - wystawić go z powrotem za drzwi, czy co gorsza oddać do schroniska.
Widząc, co się dzieje, próbowała oczywiście znaleźć inny dom dla Rysia, uderzała do fundacji i różnych domów tymczasowych, poszukując dla niego jakiejś alternatywy życia u niej, niestety wszystko jak do tej pory bezskutecznie. 
Mimo awanturniczej natury kota Ryśka pokochała całym sercem i ona, i jej poprzednio zupełnie niekociaty mąż, który razem z nią pilnuje, jak pisze Pani Agnieszka "prowadzi książkę wejść i wyjść", żeby koty jakoś się mijały, a jeśli któryś dłużej nie wraca chodzi po dworze z latarką i nawołuje.
Rozumiecie zatem, że podobnie jak my, tak i Ona doszła do ściany. 
To był moment, kiedy Pani Agnieszka przeczytała u Gosianki Wrocławianki nasze ogłoszenie o poszukiwaniu domu dla Mozarta. Pani Agnieszka pomyślała, że być może Rysiek mógłby odnaleźć azyl jako kot jedynak u nas. Tutaj mógłby sobie żyć samodzielnie, nie bojąc się kotów z sąsiedztwa, gdyż sam jest niczym pojazd bojowy i żadnych kotów się nie boi.
A z kolei Mozart mogłaby w takim wypadku pojechać do Pani Agnieszki, gdzie (poza Ryśkiem) nie grasują inne kocie zawadiaki i mogłaby znów bezpiecznie zostać kotem wychodzącym.
Pomysł Pani Agnieszki polegał więc na zamianie kotów.
Kiedy doczytałam do tego miejsca maila Pani Agnieszki to przyznaję, że moja pierwsza reakcja to był lekki szok i zrobiło mi się na przemian gorąco i zimno.
O ile po nadaniu ogłoszenia z brakiem Mozarta zaczynałam się już jakoś w duchu oswajać, to zupełnie nie wyobrażałam sobie przyjęcia i pokochania na jej miejsce innego kota.
Jednak po wyjściu z pierwszego szoku uznałam pomysł Pani Agnieszki za wart przemyślenia.
Ważne było, że już po pierwszych słowach maila Pani Agnieszka ujęła mnie ciepłą relacja o swoich wszystkich kotach. Zaimponowała mi również swoim zdecydowaniem i bezkompromisową i odpowiedzialną walką o dobro zwierzaków. Spodobało mi się również Jej mądre i wyważone podejście. Oraz last but not least pomyślałam, że u kogoś takiego nie obawiałabym się o dalszy los Mozarta. 
Odpisałam więc, że z całą pewnością uważam Panią Agnieszkę za osobę jak najbardziej normalną, a do tego jeszcze bardzo mi sympatyczną i że rozważymy jej propozycję.
Z wielkimi różnorodnymi emocjami zaczęliśmy od tego momentu zastanawiać się ostrożnie nad tym pomysłem.
Chociaż łza się nam wszystkim w oku kręciła, po ok. dwóch tygodniach codziennych dyskusji z Mikaelem stwierdziliśmy, że to chyba jedyny sposób na dalsze szczęśliwe życie Mozarta i zaczęliśmy wynajdywać coraz to nowe argumenty za. Aż wreszcie przymierzać się do operacji wymiany naszych kocich pociech.
Starając się przewidzieć wszelkie możliwe konsekwencje wymieniałyśmy się niemal codziennie z Panią Agnieszką informacjami na temat naszych kocich pechowców.
Zobaczcie jak wygląda Rysiek vel Bandito. Sądząc po łobuzerskim spojrzeniu i zawadiackiej pozie niczego się w życiu nie obawia i z niejednego pieca chleb jadł.
Rysiek

czwartek, 17 sierpnia 2017

Cat-Action-Thriller-Story czyli kot w opałach, część 1

Był sobie raz kot. Niestandardowe imię Mozart nadała mu moja córka zaraz po tym, jak przyniosła go z pola chrzanu do domu rodziców swojego ówczesnego chłopaka gdzieś w Polsce.
Po jakimś czasie młodzi się rozstali, a przez rodziców młodego kot został zdefiniowany jako kot Gosi i w związku z tym do nas do domu odwieziony i w moim domu wypuszczony na pokoje.
Wracałam wtedy po dłuższym wyjeździe do domu jesienią. Cała sytuacja mnie zaskoczyła, bo nie planowałam kota. Obawiałam się, jak podołam opiece nad jeszcze jednym zwierzakiem. Córka oczywiście zapewniła, że to ona będzie zajmować się kotkiem. Mnie interesowało głównie, co na kota powie mój Piesio, bo dotąd wszystkie koty głównie gonił z z zamiarem zagryzienia, a jakże! I to z pianą na ustach i w towarzyszeniu gromkiego jazgotu i szczekania oraz galopu godnego Wielkiej Pardubickiej.
Mozart jako ozdobna figurka na regale
Długa historia ich wzajemnej relacji i wgryzania się kociej towarzyszki w nasze wspólne życie, była przeze mnie dość szczegółowo relacjonowana i obficie opatrzona materiałem zdjęciowym przez ostatnie lata. Wszystkie poprzednie lata z wyjątkiem niewielkich potyczek i podrapanego noska czy uszu, oraz jednej operacji zerwanego ścięgna krzyżowego, kończyły się dla kota raczej pozytywnie. Choroba ogonka wprawdzie przeszkadzała, ale też nadała jej kotu pewne charakterystyczne cechy. Mozart zyskała przez nią dodatkowo nerwowy tik skakania sobie na ogon nie tylko w sytuacji, kiedy go bolał, ale też we wszystkich innych sytuacjach, kiedy coś się jej nie podoba lub ją mocno wnerwia.
Etap warszawski zakończył się jesienią ubiegłego roku. Po długiej podróży wysiedliśmy wszyscy z samochodu w Bremerhaven i pojawiliśmy się, żeby prowadzić tutaj nasze dalsze życie.
Piesio z racji wieku nie przeżył już zbyt długo.
Rozpoczęła się kolejna era w życiu naszym a więc i kocim, czyli Etap Bremerhaven.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wypad urodzinowy do Cuxhaven

Mam ostatnio sporo tematów do opisania, zacznę od tych krajoznawczych. A dokładnie od naszego wypadu 7 sierpnia czyli w ostatni poniedziałek do Cuxhaven. Tego dnia Mikael obchodził urodziny.
Mieliśmy ochotę spędzić ten czas we dwoje i poza domem, więc wybraliśmy się do uroczo położonego tak jak nasze miasto także nad Morzem Północnym Cuxhaven. Ani pora dnia, ani dzień nie były typowymi dniami turystycznymi, toteż ludzi na mieście było niewielu i pod jednym względem to dobrze. 
Z drugiej strony okazało się, że w godzinach wczesnopopołudniowych znalezienie jakiegoś lokum, żeby coś zjeść graniczy z cudem.
Ale zanim poszliśmy jeść wybraliśmy się na spacer po mieście.
Byliśmy już w Cuxhaven chyba dwa lata temu, więc myślałam, że już trochę znam miasto. Okazało się jednak, że wtedy podążaliśmy głównie nadmorskim deptakiem. Tym razem udaliśmy się bardziej na miejski deptak, coś w rodzaju tutejszego starego miasta, które jest tu jednocześnie centrum miasta.
Jak na miasto portowe przystało, w centrum tym, w samym jego sercu stoi łódź. 

środa, 9 sierpnia 2017

Mój sposób na aktywność, czyli orbitrek

Wiele z nas ma pracę zza biurka. Nasze codzienne rytuały nie uwzględniają zbyt wiele ruchu. A bez ruchu to wiadomo, najlepiej tłuszczyk nam rośnie. Oprócz wyjątków ten problem dotyczy już od lat znacznego procenta społeczeństwa. Sport uprawiam od dawna, ale dopiero od ok. 2-3 lat była to forma na tyle regularna, że mogę powiedzieć: chodziłam na siłownię. Potem przyszła przeprowadzka z Warszawy do Bremerhaven, rezygnacja z karnetu, bo i tak nie było czasu na regularne odwiedzanie siłowni. A po problemach z kręgosłupem nie bardzo mogłam nawet pomarzyć o powrocie na siłownię.
Poza tym przy mojej pracy tłumacza wyrwanie się na siłownię, czyli przerwanie pracy, ubranie się do wyjścia przygotowanie torby ze świeżymi ciuchami sportowymi, dotarcie na miejsce, przebranie się w szatni, trening, prysznic, przebranie się do wyjścia, dotarcie do domu, coś do jedzenia, często zabiera tyle czasu, że po prostu tego czasu nie znajduję. Albo znajduję zbyt rzadko. A abonament na siłownię sobie leci i kieszeń obciąża, za to moja frustracja za każdym razem, kiedy nie pójdę na tę siłownię chociaż dwa razy w tygodniu rośnie.
Dlatego w pewnym momencie, kiedy już poczułam się lepiej i zaczęłam już w miarę normalnie czyli w miarę w zdrowym tempie chodzić, jeździć na rowerze, postanowiłam zapewnić sobie jakiś sprzęt treningowy w domu.
PLAN
Przeanalizowałam różne sprzęty treningowe i postanowiłam wybrać spośród nich taki, który spełni moje założenia i który lubię, ponieważ już go wypróbowałam wielokrotnie na siłowni.
Założenia były takie, że 
- musi to być coś, na czym się będę mogła zmęczyć i spocić. 
- będzie to sprzęt, na którym będę mogła ćwiczyć w domu, np. zaraz po wstaniu z łóżka, przed śniadaniem i całym dniem. Albo wieczorem, po całym dniu pracy, jeśli za oknem będzie padało, a ja nie będę miała ochoty iść choćby na spacer.
- sprzęt musi się mieścić w domu być akceptowalny w tym pomieszczeniu, które dla niego wybierzemy.
REALIZACJA
Wszystkie powyższe warunki udało się spełnić, a ja zdecydowałam się na orbitreka firmy Kettler. 
Wpis nie jest sponsorowany, możecie więc być pewni, że będę całkowicie neutralna w moich ocenach. Mój model nazywa się Kettler Situs Cross (3)+ i jest z niego całkiem spory byk. Wchodziłam na kilka z nich w sklepie i ten miał dość duże koło zamachowe, dzięki temu sporą amplitudę kroków, których długość można jeszcze indywidualnie dostosować. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wycieczka rowerowa do Bürgerpark Bremerhaven

Chętnie jeżdżę na rowerze, szczególnie, że ostatnio do jedna z dwóch aktywności, którą mogę uprawiać przy moich problemach z kręgosłupem. Dobrze więc, że sobie tej wiosny sprawiłam rower. Cieszę się za każdym razem, kiedy mogę się nim gdzieś przejechać.
I tak w ostatnią niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę rowerową do jednego z najważniejszych parków Bremerhaven, noszącego nazwę Bürgerpark (Park Obywatelski).

Wycieczka była bardzo udana, chociaż mnie po dłuższej przerwie (trzy tygodnie bez jeżdżenia) znów dość szybko opadły siły. Tym razem nie przemknęliśmy jednak po parku szybko jak zwykle, tylko zatrzymywaliśmy się kilkakrotnie, żebym mogła porobić zdjęcia.

sobota, 5 sierpnia 2017

Niezwykła Anabell

Wreszcie poznałam osobiście Anabell. Od lat odwiedzamy się na blogach, a tym razem nareszcie w życiu. Jak dobrze, że mieszkamy (mieszkałyśmy) w tym samym mieście. I jaka szkoda, że udało się nam poznać tak późno. Kiedy ja już się przeprowadziłam a Anabell jest w przededniu przeprowadzki.
Anabell jest osobą bardzo uzdolnioną, kreatywną i nie może ot tak po prostu usiedzieć spokojnie na miejscu, jej głowa ani chwili nie jest bezrobotna. Tak więc prawdopodobnie jej ręce stale muszą być czymś zajęte. Jeśli akurat nie czyta jednej z książek ze swojej bogatej biblioteki lub nie opisuje ciekawych historii na swoich blogach (nic specjalnego i procontra-anabell), wyczynia cuda na kiju z koralików i ozdobnych kamieni albo dzierga szale i obrusy lub wyszywa inne wspaniałości, które z przyjemnością u niej obejrzałam.
W jej pokoju widziałam rozpoczętą śliczną chustę na drutach i rozłożony warsztat rękodzielniczy. Poza tym panował idealny porządek, ale moja gospodyni i tak nadal twierdziła, że jest nieład. Co miałam z gospodynią tego domu dyskutować. Pewnie jakiejś fałdki nie wygładziła, jakoś nie mogłam dojść której.
Nie wiem, skąd się to u niej wzięło, ale talent to jedno, a wytrwałość i stylowe dobranie dodatków to drugie. Według mnie nie można mówić o Anabell, nie wspominając o jej pasjach i nie pokazując, jakież to piękne rzeczy własnoręcznie wytwarza.
Zobaczcie sami, jakie fantastyczne, przepiękne i artystyczne wyroby z koralików i innych dodatków dostałam tylko ja od Anabell. Efekty swojej pracy najchętniej rozdaje w postaci prezentów wśród bliskich i znajomych.
Pierwszy biało-czerwony komplet i perłowy naszyjnik dostałam od Niej już kilka lat temu dwa naszyjniki. Postanowiłam zresztą zrobić wreszcie porządne zdjęcia tym wszystkim cudom.
(Prawie) wszystkie cuda od Anabell zebrałam zresztą w specjalnie na ten cel przeznaczonej szufladce:

piątek, 4 sierpnia 2017

Droga do BH - drugie podejście

Podsumowanie wczorajszego wyjazdu na pierwszy rzut oka nie wypadło najlepiej.
Straciłam w podróży cały dzień, poniosłam dodatkowe koszty a do tego jeszcze byłam po tej podróży ponad 350 km i tak bardzo zmęczona. 
Postanowiłam jednak dostrzec także plusy tej sytuacji.
Podsumowanie podróżnego falstartu
Po pierwsze miałam co opisywać na blogu, a wiadomo, że w Polsce nieszczęścia sprzedają się lepiej toteż spełniłam pierwszą zasadę dziennikarstwa, że Only bad news are good news! czy jakoś tak. Zaraz podniesie mi się klikalność i żebym tylko jeszcze zechciała wreszcie skomercjalizować mojego bloga, to będzie miodzio i cacy.
Chciałam jeszcze wpleść w to wszystko jakiś wątek dramatyczny w połączeniu z romantycznym, ale wystarczająco dramatyczna wydała mi się dla samotnej kobiety w długiej podróży taka awaria, której bez odwiedzenia serwisu nie da się usunąć w żaden sposób.
I ja taka biedna i taka mala dojeżdżająca z duszą na ramieniu setki (no dobra, dziesiątki) kilometrów nerwowo wydzwaniając (przez zestaw głośnomówiący oczywiście) do serwisu, a potem czekająca godzinami na naprawę, aż wreszcie męski i stanowczy Pan Maciej z serwisu wręcza mi wraz z fakturą na wysoką kwotę czerwoną różę.
A tymczasem w domu czeka na mnie stęskniony przy krzaku róż mężczyzna z kotką.
Myślę, że nawet średniej klasy pisarka powieści dla kobiet lepiej by tego nie wymyśliła, co wymyślił mi mój los. Wprawdzie nie będzie tu kontynuacji opowieści i przejścia w wątek romantyczny z bohatersko ratującym mnie z opresji Panem Maćkiem, który początkowo gburowaty, potem nagle okazuje się bardzo pomocny i miły (chociaż wszystko poza wątkiem odsercowym się zgadza!). Bo prawdziwe życie pisze o wiele bardziej zaskakujące historie.
Bo jest i tragedia (awaria samochodu w trasie), i wielkie pieniądze (nie chcielibyście płacić tej faktury tuż przed urlopem!) i romantyczne zakończenie (róża na osłodę).

czwartek, 3 sierpnia 2017

Zamiast podróży falstart

Czy lubicie wyjazdy, czy bardziej powroty do domu? Ja lubię wyjazdy, ale znacznie bardziej lubię powroty. Niczym ten koń w klapach wracam prawie na autopilocie. Poza tym pakowanie w drogę powrotną trwa znacznie krócej, bo wiadomo już co zabrać. Ale wyjazd i powrót tego samego dnia to już zbyt wiele szczęścia, jak się okazało...
W podróż powrotną z Warszawy do BH wyruszyłam w ostatni poniedziałek z radością, ale i z obawą.
Z radością, bo po trzech tygodniach miałam wreszcie wrócić do domu, do Mikaela i do Mozarta. A z obawą, ponieważ taka podróż (niemal 1000 km) to zawsze duże obciążenie i niemałe wyzwanie. Kiedyś umiałam wstawać o 4 rano, wyruszać o 5 i pokonywać kilometry prawie w locie. Ale to było kilka lat temu. I wtedy trasa była krótsza o czterysta km. Teraz jadąc tysiąc kilometrów za jednym zamachem zdaję sobie sprawę, że muszę zachować formę przez cały dzień. Wysypiam się więc tyle, ile organizm potrzebuje, czyli do ok. 7-8, potem jem porządne śniadanie, pakuję lub sprawdzam, czy wszystko w przeddzień dobrze zapakowałam i dopiero jadę.
Wolę to, niż potem wracać z trasy, bo czegoś ważnego nie wzięłam ani łapać się za głowę, czy wyłączyłam przysłowiową kuchenkę. 
Pogoda na podróż szykowała się piękna, więc cieszyłam się, że podróż minie mi komfortowo.

sobota, 29 lipca 2017

Gościna u Eli, Rafała i kotów

Kiedy człowiek nie ma innego wyjścia, robi się bardzo kreatywny w wymyślaniu rozwiązań. Tak było i w moim przypadku, kiedy już nie mając w Warszawie swojego domu, musiałam spędzać tu długie tygodnie. Opisałam Wam już poprzednio, jak to się stało, że tak często bywam w Polsce i dlaczego nie mogę podziać się ot tak po prostu u mamy.
Opowieść przerwałam w miejscu, kiedy zapytałam Elę, czy mogę się zatrzymać u niej.
Jak wynika z tytułu, i ona wraz ze swoją rodziną przygarnęła mnie pod swój dach, czyli do pokoju gościnnego, będącego w ciągu dnia roboczym gabinetem Rafała i pokojem telewizyjnym.

ELA
Ela mieszka w pięknym, przestronnym i słonecznym mieszkaniu z Rafałem i kotami.

piątek, 28 lipca 2017

Moje miasto, moi przyjaciele

Bywając w ostatnim czasie w Polsce na własnej skórze przekonałam się, co to znaczy prawdziwa przyjaźń. Może i dobrze jest przeżyć taki etap, przynajmniej człowiek wie, na kogo może naprawdę w życiu liczyć.
Właściwie to cieszę się, że w ostatnich miesiącach tyle razy zdarzyło mi się przyjeżdżać tutaj - do miasta, w którym się urodziłam, wyrosłam, poznałam przyjaciół i które chyba na zawsze pozostanie "MOIM MIASTEM".
Park i zamek w Wilanowie
I to nie tylko dlatego, że miałam tu w tym czasie pracę, zlecenia. Ale i dlatego, że dzięki temu udało mi się poznać wielką siłę przyjaźni. Nie chcę być patetyczna, ale tak to właśnie odczułam.
Będąc wcześniej w Warszawie, zatrzymywałam się przeważnie u mamy albo u córki. Tak było do czasu, kiedy na skutek zmiany sytuacji życiowej córki ta druga zamieszkała u tej pierwszej i u mamy zrobiło się o wiele za ciasno. W dodatku córka mieszka u babci ze swoim kotem Ferencem.
Tak więc ja może jeszcze mogłam przyjeżdżać, ale już mój przyjazd w maju na leczenie z koteczką był w tych warunkach niezwykle utrudniony, aczkolwiek konieczny.
Mozart jest kocią jedynaczką, która żyła wprawdzie latami zgodnie z psem, ale nie jest póki co nastawiona na życie z innym kotem pod jednym dachem i bardzo się stresuje, kiedy do takiej sytuacji dochodzi. A ja nie chciałam jej sprawiać niepotrzebnego stresu, skoro z tym kotem nie będzie żyła dalej na co dzień.

środa, 26 lipca 2017

Moje poprzeprowadzkowe życie zawodowe

Ludzie zadają mi wiele pytań dotyczących mojego życia po przeprowadzce. A niektórzy wręcz pytają mnie za każdym moim pobytem w Warszawie: i co, wróciłaś? A już szczególnie często padają pytania, czy znalazłam tam sobie jakąś pracę. Otóż powtarzam od lat to samo: ja już mam swoją pracę. Jestem tłumaczem i prowadzę DG w tym zakresie. Póki co w Polsce.
Temat mojego życia zawodowego w Niemczech jest bardziej złożony, toteż trudno opowiedzieć o tym w trzech zdaniach. Po to napisałam tego posta. Jeśli kogoś interesuje, może poczytać.
Będzie o tym, jak uzyskuje się uprawnienia już posiadane w swoim kraju, w innym kraju UE, w tym przypadku w Niemczech*.

MOJA PRACA W NIEMCZECH 
Długa droga do uznania uprawnień TP w DE
Kiedy przeprowadzałam się do Bremerhaven, chyba zbyt naiwnie liczyłam na szybką zmianę nie tylko miejsca zamieszkania, ale i w miarę gładkie przejście na tamten rynek. W końcu znam mój fach, znam się na tym i lubię tłumaczyć, a tam jest wielu Polaków. Wydaje mi się, że to były dobre założenia. Niestety okazało się, że nie do końca tak było. Na tamtejszym rynku Polacy szukają głównie tłumacza przysięgłego, żeby przetłumaczyć swoje dokumenty, potrzebne pracodawcom na potrzeby wykonywanej pracy lub urzędom do przyznania świadczeń.
Liczyłam, że potwierdzenie mojego tytułu na terenie innego kraju UE to kwestia formalna, nie wymagająca zbyt wiele czasu i zachodu. Niestety rzeczywistość, jak to zwykle bywa, okazała się zgoła inna i nieoczekiwana.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Własna droga to jest to

Witajcie Kochani,
bardzo się za Wami stęskniłam, więc postanowiłam po przerwie napisać choć słowo. Od około dwóch tygodni jestem mocno zajęta. 
Głównie pracuję zawodowo na cztery ręce, a nawet nogi. Jak ktoś nie wierzy, to proszę, oto dowody - rozmyte, bo takie tempo, że się tabelki zacierają!


czwartek, 6 lipca 2017

Uśmiech za uśmiech

Wyskoczyłam dziś rano po pieczywo do piekarni w pawilonach naprzeciwko naszej ulicy. Włosy jeszcze przed prysznicem upięłam klamrą wysoko, na nic innego nie wystarczyło mi czasu.
Co niezwykłe w kolejce przede mną zebrało się chyba ze 4 osoby, a i za mną za chwilę ustawiły się kolejne. Zwykle rano bywa tam pustawo.
Starsza pani przede mną zamawiała pieczywo i jakieś słodkie ciastko.
I wtedy w piekarni pojawił się On.
Sportowa, szczupła sylwetka. Kurtka w panterkę. Bystre oczy i szpakowate włosy zdradzały wiek koło 50-tki, ale też zdecydowanie radosne i pełne energii podejście do życia. Sprzedał mi szelmowski lekko nieśmiały uśmiech i zatrzymał się przed starszą panią, bo trudno byłoby mu się przecisnąć za mną na koniec kolejki, która zebrała się za mną od drugiej strony.
Starsza pani postanowiła jeszcze zamówić kartę do piekarni. Teraz karty dostaje się w każdym przybytku, chyba jeszcze tylko szalety miejskie nie dają kart, ale na pewno i to nadejdzie.
Kiedy wreszcie zakupy starszej pani zostały zrobione i zapłacone, a karta wydana, przyszła moja kolej.
Pomyślałam sobie, że czemu by nie zapytać Go stojącego nadal przede mną, czy czegoś nie potrzebuje. Widziałam, że zbiera wyliczoną liczbę euro.
Na moje pytanie uśmiechnął się jeszcze szerzej i podziękował oraz skwitował: przecież jeszcze nie moja kolej. Mam czas - dodał po chwili nieco zamyślony.
- No dobrze. Ale Pan się do mnie tak ładnie uśmiechnął, że musiałam zapytać. - Odpowiedziałam jak zaczarowana, po czym zrobiłam moje szybkie zakupy. 
Po odebraniu zakupów uśmiechnęłam się do niego, a on do mnie. Czasem tak bywa, że ktoś od razu zdobywa nas spojrzeniem i nie da się tej osoby tak łatwo wymazać z głowy.
Wychodząc obejrzałam się lekko, choć bez przesady.
Elektryczny wózek, na którym wjechał cicho acz energicznie, prawie z przytupem do piekarni, nadal stał przy początku kolejki a On czekał na swoją kolej.
Założę się, że oboje się uśmiechaliśmy i będziemy się uśmiechać w ciągu dzisiejszego dnia jeszcze niejeden raz.

wtorek, 4 lipca 2017

Walka o każdą piędź

To będzie wpis antymotywacyjny, bo czasem i mnie przerasta ten codzienny trud.
Tak w ogóle to ze mnie niespotykanie spokojny człowiek ... ale raczej w znaczeniu z filmu Barei pod tym samym tytułem. :)
Po latach zmagania z wolnym rynkiem i różnych innych przygodach, które kiedyś mogłyby posłużyć za kanwę dłuższej opowieści, dochodzę do wniosku, że i tak najtrudniejszą wojnę i codzienny bój każdy z nas toczy sam ze sobą. 
Albo walka o każdą piędź w rodzinie.
Codzienna wojna zaczyna się już rano, od wstania z łóżka. Czyli od podjęcia tej najważniejszej decyzji: wstać, czy nie wstać? Szczególnie kocham wtedy swoje łóżko, pościel i to ciepło pod kołdrą!
Najczęściej wewnętrzny bój wygrywa przeklinane głośno lub po cichu poczucie obowiązku. Szczególnie, jeśli poprzedni dzień był długi i męczący i nie poszliśmy spać z kurami.
A potem kolejne progi i przeszkody. 

środa, 21 czerwca 2017

W poszukiwaniu spokoju

Zbieram się do pisania już od jakiegoś czasu, ale po kolei rezygnuję z poszczególnych tematów. Powodem jest to, że są to tematy mnie drażniące, sprawy niezałatwione (nie z mojej winy) lub takie, które z czasem będą załatwione, ale na razie są to dla mnie tzw. męczydupy. Czyli męczą, siedzą mi na karku, ale załatwić ich od ręki nie mogę. 
W mediach ciągłe szaleństwo śmierci, zamachów i coraz więcej dyktatury zamiast mądrego rządzenia. Wymiera ściskana żelazną obręczą totalitarnych rządów tu i tam demokracja inteligencja.
Nie da się rozwiązać wszystkich problemów za jednym razem. Jednak trudno jest obserwować nadprodukcję ciągle nowych problemów z zapałem godnym lepszej sprawy. Pokoleń będzie potrzeba, żeby posprzątać ten bałagan, który teraz szaleje w moim kraju i na świecie.
I w ogóle nie wiem, w którą ten świat stronę zmierza.
Żeby całkiem nie zwariować staram się skupiać na własnym życiu i własnych sprawach. Bo paru mądrych ludzi powiedziało, żeby najlepiej zawsze zaczynać od siebie.
Staram się więc załatwiać choć jedną z tych męczących spraw dziennie, żeby w sumie wychodzić powoli na prostą.
A potem cieszę się z tych mniejszych i większych prywatnych osiągnięć i małych rzeczy, które mnie otaczają. Jak chociażby z tego, że do ogrodu codziennie kilkakrotnie wyciąga mnie Mozart. Wprawdzie akurat nie zawsze wtedy, kiedy mam czas, ale trzeba jej przyznać wysoką skuteczność.
Dalej szukam dla niej domu, bo ciągłe chodzenie z kotem na smyczy i ciągłe pilnowanie, żeby broń boże jakichkolwiek drzwi nie otworzyć często paraliżuje i determinuje w całości codzienne życie.
Dla tych, którzy nadal uważają, że mają prawo mi radzić powiem tylko tak. Jeśli masz dla mnie poradę, schowaj ją do kieszeni. Jeśli możesz pomóc i zapewnić mojemu kotu bezpieczny dom, to chętnie zrobię dam z siebie wszystko, żeby to wam ułatwić.
A jak nie, to zapraszam: idź wytłumacz temu kotu, całe życie wychodzącemu, że z tego domu do ogrodu już nie wyjdzie. Proszę bardzo, są chętni?
Bo mnie tłumaczyć ani wymyślać rozwiązań już nie trzeba. Potrzeba mi konkretnej pomocy, resztę darów, porad i ocen mojej osoby i mojego postępowania proszę zachować dla siebie.

środa, 14 czerwca 2017

Niezwykłe róże w naszym ogrodzie

W rogu naszego ogrodu mieszkają dwa krzewy różane. Oba kwitną jednocześnie, z tym że ten większy rodzi róże w dwóch różnych kolorach.
Zdjęcie powyżej wykonałam 11 czerwca, kiedy rozwinęło się już sporo róż. Z daleka niezbyt dobrze widać różnice w kolorach, część żółtości rozpływa się przy kontraście z ceglaną ścianą za krzewem.
Kiedy jednak podejść bliżej, zaczynamy to zauważać.
Większość róż jest biała, czyli tak zwana herbaciana. Ale część jest mocno żółta.

niedziela, 11 czerwca 2017

Ogród rekultywacja i bunt przeciw kociej jednowładzy

Jakie to miłe, kiedy mężczyzna dba o ogród, a ja mogę sobie tylko chodzić sobie tam i siam, robić zdjęcia i podziwiać. Albo usiąść na ławeczce czy przy stole z kawusią i napawać się zielenią, ćwierkoleniem ptaszków lub obserwowaniem kici.
Wczoraj rano Mikael nakupował kwiatów, żeby wymienić te, które już zaczęły wyrastać za mocno i przekwitać. I rozpoczął prace ogrodowe, które trwały do wieczora.